Strategia państw europejskich

Druga część rozmowy o wielkiej strategii państw. Tym razem przyglądamy się Europie. Co wpłynęło na obecną pozycję poszczególnych państw UE. Jak ukształtuje się ich strategia w obliczu potężnych zmian geopolitycznych.

______________________________________________________________________________________________________________________

SUPLEMENT

Jako uzupełnienie rozmowy proponujemy Państwu lekturę dwóch fragmentów książki Marka Budzisza pt. Samotność strategiczna Polski, która ukazała się w 2022 roku nakładem wydawnictwa Zona Zero.

 

Wielka strategia Polski 

Wojna na Wschodzie jest z polskiej perspektywy zarówno zagrożeniem, wyzwaniem, jak i szansą. Pół roku po agresji Moskwy wyraźnie już widać, że Rosja tego starcia nie jest w stanie wygrać politycznie. Zresztą jej cele wojenne ewoluują. Niemniej z geostrategicznego punktu widzenia mamy do czynienia z nową sytuacją. Zmianie ulegają role Ukrainy, Polski i całego regionu Europy Środkowej. Otwiera się nowy etap. Nie tylko historia się nie skończyła, ale wręcz przyspieszyła. Wykluwa się coś nowego, o jeszcze nieznanych, niejasnych konturach, ale z pewnością już niedługo będziemy mieli do czynienia z innym światem. Wymusza to na Polakach rozpoczęcie poważnej debaty na temat tego, jakiego porządku chcemy, jaka ma być w nim nasza rola, jakimi narzędziami musimy dysponować, aby nie być pomijani czy w tym nowym świecie lekceważeni. Innymi słowy musimy zacząć dyskusję na temat wielkiej strategii Polski: czego chcemy i do czego dążymy. 

Amerykanie ciągle dyskutują o wielkiej strategii swego państwa. Zastanawiają się nad własnym systemem sojuszy, myślą, czy konflikt z Chinami jest nieuchronny, a jeśli tak, to w jaki sposób należy przygotować się do przyszłej wojny, tym bardziej że rosyjska napaść na Ukrainę wiele zmieniła w starych kalkulacjach. Kwestia wielkiej strategii jest stale obecna w ich myśleniu. I nie chodzi w tym wypadku o perspektywę najbliższych wyborów do Kongresu czy kolejnych prezydenckich. Kwestie podziałów politycznych i polaryzacji społecznej, nie mniej ostre niż w Polsce, nie przeszkadzają im w snuciu refleksji na ten temat. A jak to jest u nas? 

Na konferencji, w której uczestniczyłem w kwietniu 2022 roku, dwa miesiące po wybuchu wojny na Ukrainie, jeden z jej uczestników, w przeszłości znany i wpływowy polityk, dziś szanowany intelektualista, powiedział publicznie, że ponownie po latach przeczytał słynny artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego. I ku własnemu zdziwieniu, co uczciwie przyznał, zrozumiał, że nie zawarto w nim ani zapisów, które budowałyby pewność, że sojusznicy przyjdą nam, jeśli zostaniemy napadnięci, z pomocą, ani nie zawiera on gwarancji, że będzie to pomoc wojskowa. Mój rozmówca, który był ministrem i jednym z architektów polityki rządu, za którego kadencji prezydent Lech Wałęsa w oficjalnym liście adresowanym do sekretarza generalnego NATO napisał, że celem polskiej strategii jest uzyskanie członkostwa w Sojuszu, trzeźwo też zauważył, że doświadczenia wojny na Ukrainie, skonfrontowane z zapisami traktatów międzynarodowych i realną postawą naszych sojuszników, nakazują nam od nowa przemyśleć strategiczną politykę państwa polskiego. No właśnie. 

Zacznijmy od kilku uwag na temat tego, czym jest wielka strategia państwowa i dlaczego Polska jej potrzebuje. Jeffrey A. Friedman, amerykański profesor stosunków międzynarodowych, napisał, że „Wielka strategia to ramy koncepcyjne, które wyjaśniają, w jaki sposób państwa narodowe mogą wykorzystywać instrumenty polityki zagranicznej do realizacji swoich podstawowych interesów”. W tym konkretnym przypadku Friedman, analizując amerykańską politykę „głębokiego zaangażowania”, która w jego opinii w najlepszy sposób gwarantuje realizację interesów narodowych, wyróżnił cztery podstawowe sfery, które łącznie kształtują „wielką strategię”. Chodzi po pierwsze o potencjał wojskowy, siłę militarną, która daje Waszyngtonowi gwarancje zniszczenia każdego państwa zagrażającego amerykańskim interesom. To zagrożenie w praktyce oznacza niedopuszczenie do zdominowania któregokolwiek z kontynentów przez przeciwnika Stanów Zjednoczonych. Drugim, kluczowym elementem wielkiej strategii jest system sojuszniczy, sieć porozumień i aliansów, które mają przede wszystkim walor odstraszania rywali i zniechęcania wrogów do realizacji agresywnych strategii. Trzecim i czwartym elementem jest wspierany i gwarantowany przez Amerykę system wolnego handlu w wymiarze światowym, co wiąże się z istnieniem globalnego systemu finansowego, oraz porządek oparty na wartościach. Te cztery elementy – siła wojskowa, system sojuszy, globalna sieć handlowa i finansowa, porządek między- narodowy oparty na wartościach – tworzą podstawowe elementy amerykańskiej wielkiej strategii. Jej realizacja, jak zauważa Friedman, nie jest tania. Rocznie podatnicy w Stanach Zjednoczonych tylko na pierwszy element – potencjał wojskowy – wydają 750 mld dol., a na szeroko rozumianą politykę zagraniczną ponad bilion, a i tak jest to podejście względnie konserwatywne. Strategia ta w odróżnieniu od tej, którą Friedman określa mianem „liberalnego ekspansjonizmu”, nie zakłada rozszerzania sieci amerykańskich wpływów w świecie. A takie podejście automatycznie równałoby się zwiększeniu zaangażowania, zarówno w wymiarze wojskowym, jak i politycznym, nie mówiąc o finansowym. Obecna wielka strategia amerykańska, strategia „głębokiego zaangażowania”, jest w takim ujęciu względnie konserwatywna. Jej jądrem jest bowiem niedopuszczenie do powstania ośrodka, który byłby w stanie w przyszłości zagrozić hegemonii Stanów Zjednoczonych. 

Kalkulacje związane z amerykańską wielką strategią precyzyjnie w swej ostatniej książce opisał Elbridge A. Colby, za czasów administracji Donalda Trumpa zastępca sekretarza obrony, jeden z głównych twórców nowej, przyjętej w 2018 roku strategii obrony. 

Przedstawiając w największym skrócie jego koncepcję, warto zwrócić uwagę, że Colby jest zdania, iż głównym zadaniem amerykańskiej wielkiej strategii jest utrzymanie korzystnej dla Stanów Zjednoczonych równowagi sił. Podstawowym zaś narzędziem jest siła wojskowa, bo w anarchicznym świecie relacji międzynarodowych, w których głównymi aktorami są państwa, zawsze liczy się, kto kogo w ostatecznym rachunku może zabić. Siły militarnej nie można zbudować bez odpowiedniego potencjału gospodarczego, a to zaś oznacza, że rywalizacja o hegemonię wiąże się z próbą dominacji w tym obszarze, którą uzyskuje się przy użyciu różnych narzędzi, z których jednak najważniejszym, bo decydującym, jest potencjał militarny. 

Mamy zatem do czynienia z czymś w rodzaju zamkniętego koła, w którym rozbudowujemy nasz potencjał ekonomiczny po to, aby uzyskać większe możliwości wojskowe, a te służą rozwojowi gospodarki i go ułatwiają. Ta uniwersalna zasada nie jest oczywiście jedyna w świecie polityki międzynarodowej, nie zawsze jest nawet dominująca. Ale z pewnością stanowi kościec myślenia geostrategicznego i przydaje się w niespokojnych czasach, w których właśnie żyjemy, kiedy równowaga sił została naruszona, a nowy porządek jeszcze się nie ukształtował. Prześledźmy sposób rozumowania Elbridge’a Colby’ego, bo on dobrze ilustruje typ refleksji, który winien stanowić dla nas inspirację. W jego ujęciu panowanie w wymiarze globalnym rozstrzygnięte zostanie w Azji, bo już obecnie z ekonomicznego punktu widzenia jest to najważniejszy kontynent. Ten, kto będzie w stanie go zdominować, osiągnie tak dużą przewagę gospodarczą w wymiarze globalnym, że będzie w stanie kontrolować świat. A zatem Azja jest z geopolitycznego i strategicznego punktu widzenia najważniejszym elementem amerykańskiej wielkiej strategii. Jeśli bowiem Chinom udałoby się narzucić państwom ASEAN, znacznie słabszym, ale szybko rozwijającym się „gospodarczym tygrysom”, swój system sojuszy, przede wszystkim w wymiarze gospodarczym, to wówczas Pekin uzyskałby dominację kontynentalną. To zaś otworzyłoby Chinom drogę do projekcji siły w inne regiony świata, głównie do Afryki, w rejon Zatoki Perskiej czy na północ, w stronę Rosji. Colby analizował sytuację przed wybuchem wojny rosyjsko-ukraińskiej, ale nawet w ówczesnych realiach kontury chińskiej hegemonii na kontynencie euroazjatyckim były, w jego optyce, czytelne. Zdobycie hegemonii w Azji pozwoliłoby też Pekinowi w pierwszej kolejności stworzyć własną ekskluzywną strefę wolnego handlu, prosperity i przyspieszonego rozwoju, co oznaczałoby wypchnięcie z tych obszarów Stanów Zjednoczonych i zamknięcie Ameryki na zachodniej półkuli. W takich realiach tylko kwestią czasu byłoby rzucenie Waszyngtonowi wyzwania, naj- pierw w obszarze ekonomicznym, a następnie również militarnym, przez układ sojuszniczy kontrolowany z Pekinu. Wynik tej rywalizacji, zważywszy na przewagę potencjału demograficznego, ekonomicznego i w następstwie wojskowego, byłby oczywisty i równał się zepchnięciu Ameryki do roli co najwyżej gracza regionalnego, który musiałby godzić się z nowym porządkiem w skali globalnej albo ginąć. Obecny system zacząłby upadać niczym klocki domina, a pierwszym ruchem byłoby zdominowanie przez Chiny Azji Południowo-Wschodniej. 

W przypadku rozważań Colby’ego mamy nie tylko do czynienia z opisem amerykańskiej wielkiej strategii, lecz także z ilustracją pewnego sposobu myślenia, podejścia do kwestii pozycji własne- go państwa w świecie. Właśnie o pozycji naszego państwa w regionie, w świecie winniśmy, tworząc polską wielką strategię, intensywnie myśleć. Lawrence Freedman, autor fundamentalnego podręcznika strategii, napisał, że jest ona ważna również z innego punktu widzenia. Jego zdaniem „strategia pozwala na uzyskanie więcej, niźli wynikałoby to z relacji sił”. A zatem Polska, państwo o rosnących aspiracjach i wzrastających możliwościach, które dobrze wykorzystało ostatnie 30 lat, kiedy to z jednego z najuboższych narodów europejskich, bo z takim bagażem wychodziliśmy z komunizmu, staliśmy się regionalnym liderem, musi myśleć strategicznie. Nie tylko dlatego, że na Wschodzie wybuchła wojna, choć to jest najważniejszy i zasadniczy powód, ale również z tego powodu, iż chcemy zmienić, poprawić naszą pozycję w świecie narodów Zachodu. Te dwa elementy są zresztą organicznie ze sobą związane. To nowy porządek w Europie Środkowo-Wschodniej, który kształtuje się na naszych oczach, może dać nam w konsekwencji nową pozycję kontynentalną. 

Ale idźmy dalej. Peter Layton, brytyjski badacz, który kwestiom wielkiej strategii poświęcił odrębną monografię, napisał, że jednym z najczęściej w tym wypadku popełnianych błędów jest myślenie analogiami historycznymi. Nie tylko dlatego, że nie da się reaktywować starego świata i przywrócić przeszłości; zmienny układ sił, interesów i aspiracji uniemożliwia tego rodzaju podejście. Jest to nierealne również z tego względu, że wielka strategia, aby mogła być realizowana, musi oznaczać koncentrację wysiłków całego społeczeństwa na osiągnięciu pożądanego celu. Mamy zatem w tym wypadku polityczny, a może przede wszystkim społeczny wymiar tego, co można określić mianem wielkiej strategii. Jej formułowanie ma się odwoływać do tradycyjnego i odmiennego dla każdego narodu sposobu rozumienia polityki w jej społecznym wymiarze. W przypadku Polski – z naszą republikańską tradycją kształtowania systemu rządów i polityki Rzeczypospolitej – wielka strategia ma przede wszystkim wymiar społeczny, czy nawet mentalny. Warto na ten element zwrócić większą uwagę. Zacznijmy od rozważań teoretycznych. 

Michael J. Mazarr, w przeszłości pracownik naukowy US Army War College, obecnie w RAND, przez ostatnie 15 miesięcy wraz z grupą innych badaczy szukał odpowiedzi na pytanie, co powoduje, że jedne narody rozwijają się szybciej, osiągają lepszą poycję w skali globalnej i wygrywają rywalizację, a inne w trwającym ciągle współzawodnictwie tracą. Analizy te były prowadzone na zamówienie Office of Net Assessment, kluczowej komórki amerykańskiego planowania strategicznego, co notabene uzmysławia nam, że strategia w rozumieniu Anglosasów to coś znacznie więcej niż wyłącznie sprawy związane z kwestiami wojskowymi. Wynikiem ich pracy jest bardzo obszerny, liczący 406 stron raport6, co powoduje, że zapewne mało kto w Polsce przeczyta tę pracę, a w kręgach politycznych, zarówno rządowych, jak i tym bardziej opozycyjnych, z pewnością nikt, ale Mazarr opublikował w prestiżowym „The Foreign Affairs” znacznie krótszy artykuł na ten sam temat, którego lektura stanowi dogodny punkt wyjścia dla poszukiwania odpowiedzi na pytanie: co powoduje, że jedne narody wygrywają w międzynarodowej, historycznej rywalizacji, a inne przegrywają. Główny wniosek, który sformułowali amerykańscy naukowcy w swym raporcie, brzmi następująco: ich zdaniem „W walce o przewagę między potęgami światowymi to nie potęga militarna czy gospodarcza ma decydujące znaczenie, ale podstawowe cechy społeczeństwa: cechy narodu, które generują produktywność ekonomiczną, innowacje technologiczne, spójność społeczną i wolę narodową”. Historyczni zwycięzcy, jak argumentuje Michael Mazarr, mogą przegrywać bitwy, nawet wojny, mogą tracić sojuszników, walczyć w osamotnieniu, a mimo to w ostatecznym rachunku mogą okazać się zwycięzcami. Potencjały wojskowy i ekonomiczny to tylko narzędzia; w rzeczywistości czynnikami przesądzającymi o sukcesie całych narodów są ich witalizm, siła instytucji i przekonanie o własnej misji. 

Zdaniem ekspertów RAND, którzy w tym celu przeprowadzili całą serię analiz przypadków historycznych, badań politologicznych i ekonomicznych, o przewadze w wymiarze historycznym decyduje kombinacja kilku, a precyzyjnie rzecz ujmując, siedmiu czynników, które odgrywają kluczowe znaczenie. Są to: ambicje i wola działania, silna tożsamość i narodowa spójność, wspólny pogląd na temat szans i obszarów sukcesu, aktywne państwo, efektywne instytucje (zarówno społeczne, jak i państwowe), uczące się i łatwo adaptujące w nowych sytuacjach społeczeństwo, a także kultura rywalizacji i pluralizmu. Przy czym każdy z tych czynników ma znaczenie i chodzi o odpowiednią ich mieszankę, w której efekty synergiczne będą prowadziły do zwiększania możliwości danego narodu. Społeczeństwo wewnętrznie skłócone i podzielone w zakresie diagnozy najlepszej strategii politycznej w dłuższej perspektywie, nie doraźnie, wiele w historycznej rywalizacji nie osiągnie. Ale nawet największy stopień zespolenia celów i wysiłków narodowych też niewiele da, jeśli nie będzie się dysponowało sprawnym, nowoczesnym państwem, które aktywnie i w rozumny sposób będzie wzmaga- ło i promowało narodowe cele. 

Amerykanie silnie podkreślają znaczenie odpowiednio ukształtowanej równowagi tych czynników, argumentując, że „społeczeństwa konkurencyjne bywają otwarte, tolerancyjne, pełne energii intelektualnej i zaangażowania w naukę; mają silne po- czucie własnej roli w świecie oraz poczucie misji lub wolę działania; prawie zawsze korzystają z silnych instytucji publicznych i prywatnych, a także z aparatu państwowego, który aktywnie promuje ich przewagę; ucieleśniają pluralistyczne zderzenie idei i zdolność ludzi z różnych środowisk do oferowania swoich talentów i osiągania sukcesów. Tę specyficzną mieszankę cech nazywamy duchem renesansu”. Jeśli energii i ambicji społeczeństwa nie będzie towarzyszyło silne i aktywne państwo, to w wymiarze historycznym szanse na sukces w międzynarodowej rywalizacji będą mniejsze. A zatem liczą się zarówno obszar woli, poczucie wspólnoty celów i aspiracji, ambicje polityczne i narodowe, któ- re muszą wspierać silne i sprawnie działające instytucje publiczne. Ten miks jest dopiero zaczynem sukcesu, oczywiście nie jego gwarancją, ale brak poczucia wspólnoty, podziały, konflikty wewnętrzne, brak zgody co do najbardziej optymalnej wielkiej strategii narodowej są pewnymi źródłami porażki. 

Jak uzupełnia te rozważania w swym artykule Mazarr, „prawdopodobnie podstawą wszelkich form względnej siły narodowej jest jakaś wersja ambicji narodowych”. Mowa jest tu o motywującym jednostki i całe społeczeństwo poczuciu misji, wspólnym dążeniu do spajającego naród celu i woli osiągnięcia sukcesu. Oczywiście łatwo w tym obszarze zejść na manowce, historia zna wiele przykładów, kiedy przekonanie o własnej wyjątkowości i dążenie do zajęcia uprzywilejowanego miejsca w rodzinie na- rodów prowadziło do tragedii o wymiarze globalnym. O tych zagrożeniach trzeba zawsze pamiętać, ale nie o to w tym wypadku chodzi. Amerykańscy badacze mają na myśli raczej coś, co moglibyśmy określić mianem „ducha wspólnoty” tworzonej przez wspólny cel zespalający zabiegi całego pokolenia i motywujący społeczeństwo do większego wysiłku. Mazarr pisze, że „rozwijanie narodowych ambicji wymaga zaangażowania całego narodu w zdobywanie wiedzy o świecie i wspólnej woli wpływania na niego: odkrywanie i kontrolowanie, rozumienie i kierowanie. Ten impuls może łatwo pójść nie tak. Nadmierna ambicja narodowa jest powszechną drogą do porażki, czy to poprzez niszczycielskie wojny z wyboru, czy imperialne podboje, które nadmiernie rozpraszają zasoby narodu i wywołują negatywne reakcje. Jednak bez takich ambicji kraje rzadko budują wydajne »silniki gospodarcze« i technologiczne lub zwyciężają w rywalizacji o władzę”. Ambicje nie gwarantują sukcesu, jeśli nie towarzyszy im inkluzywne, otwarte społeczeństwo, tworzące dogodne warunki do rozwoju kapitału ludzkiego. Nadmierna hierarchizacja, systemy dziedziczenia wpływów, znaczenia i pozycji, przewaga podejścia korporacyjnego, lecz także nadmierna nierówność dochodowa w dłuższej perspektywie zmniejszają witalność społeczną, konserwując struktury władzy i wpływów, a przez to osłabiają siłę państwa. Jak dowodzą eksperci RAND, „społeczeństwa wysoce konkurencyjne również odnoszą korzyści z pewnej wersji aktywnego państwa: spójnego, potężnego, ukierunkowanego na cele i skutecznego rządu, który inwestuje w zdolności krajowe i korzystne cechy społeczne”. A zatem nie wolna ręka rynku, likwidacja państwa czy stopniowe jego wycofywanie się na pozycje nocnego stróża są źródłami historycznego sukcesu, ale wręcz przeciwnie – państwo aktywne, broniące narodowych interesów, choć niekoniecznie omnipotentne, chcące rozwiązać wszystkie problemy. I znów, podobnie jak w poprzednich obszarach, tu chodzi o znalezienie najlepszego indywidualnego modelu, w którym synergie – siły i dynamizmu społeczeństwa – byłyby wspierane, a nie ograniczane przez silne i sprawnie działające państwo. Taki rozumny system równowagi musi opierać się na sprawnych instytucjach, zarówno społecznych (rodzina, szkoła), jak i publicznych, choć niekoniecznie będących domeną państwa czy administracji (parlament, system sądowniczy, system finansowy). Towarzyszyć temu winny społeczny szacunek i uznanie dla nauki i samego procesu uczenia się.

Mamy zatem do czynienia z paradoksalnym przezwyciężeniem starego polskiego dylematu, sprowadzającego się do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czy nasza polityka winna być kształtowana w odniesieniu do sił, którymi dysponujemy, czy odwrotnie; to zamiary, motywując do większego wysiłku, prowadzą do zwiększenia sił i przez to kształtują przyszłość narodową. Nie oznacza to zwycięstwa romantyzmu politycznego, stawiania celów nierealistycznych, przerastających nasze możliwości, ale również nie może równać się cherlawości celów i aspiracji. Wielka strategia oznacza umiejętne połączenie obu tych elementów – zarówno realistycznej oceny sytuacji i własnych możliwości, jak i mobilizacyjnego wymiaru nowych celów, jednoczących naród i ożywiających wysiłki nadchodzących pokoleń. Oznacza również w naszym przypadku dobre rozeznanie w trendach, które będą kształtowały przyszłość naszego regionu świata, w tym przede wszystkim zagrożeń. Wojna Rosji z Ukrainą do pewnego stopnia ułatwia nam odpowiedź na pytania o zagrożenia. Jest nim agresywna polityka Moskwy i właśnie rozwiązanie kwestii Rosji będzie jednym z naszych najważniejszych celów geostrategicznych w nadchodzących dziesięcioleciach. Kwestie wojskowe będą odgrywały zasadniczą rolę. Nie mniej istotne będzie to, w jaki sposób ukształtuje się nowy system sojuszy Polski. Nowy oczywiście nie oznacza odrzucenia starego. Szaleństwem byłoby mówienie o potrzebie odejścia od formuły NATO i wymiarze narodowym postawienia na jakieś inne alianse. Ale też podobną krótkowzrocznością byłoby zamykanie oczu na to, że nasz system sojuszniczy ewoluuje, zmienia się jego charakter, wyraźnie rysują się jego ograniczenia. Chcąc zmienić pozycję Polski, musimy mieć również strategię i w tym obszarze – jakich sojuszy chcemy, w którą stronę winien ewoluować Pakt Północnoatlantycki, gdzie jest w nim miejsce Polski. 

Peter Layton, snując rozważania na temat tego, w jaki sposób narody kształtują strategie8, napisał, że paradoksalnie „mniejsze państwa, ograniczone rozmiarami zasobów, którymi dysponują, w większym stopniu niż wielkie potęgi potrzebują wielkiej strategii”. Jest to oczywiste, bo mając mniejsze możliwości, trzeba mądrzej gospodarować tym, czym się dysponuje, i lepiej wykorzystywać historyczne okazje. 

 

Samotność strategiczna Polski 

Samotność strategiczna Polski jest moim zdaniem warunkiem suwerenności. Tak zdecydowałem się zatytułować swoją książkę mimo świadomości, że część jej czytelników może tego rodzaju postawienie sprawy uznać za przesadę, a może nawet nieporozumienie. Z pewnością jeszcze rok temu znaleźliby się eksperci, którzy uznaliby tytułową tezę nie tylko za nieuprawnioną, ale wręcz za działanie na szkodę naszego systemu sojuszniczego i per saldo na szkodę Polski. Doskonale pamiętam debaty z moim udziałem z grudnia 2021 roku, kiedy stawianym przeze mnie tezom o zbliżającej się wojnie – o perspektywie konfliktu kinetycznego na dużą skalę w naszej części Europy i zasadniczych zmian geostrategicznych, które będą tego nieuchronnym następstwem – towarzyszyły ironiczne komentarze o „sianiu paniki” czy „przesadnym czarnowidztwie”. Jeden z uznanych specjalistów, były ambasador i wojskowy wysokiego stopnia, mówił w jednej z debat, spierając się ze mną jeszcze w styczniu 2022 roku, że wybuch wojny na Ukrainie jest odległą perspektywą. Twierdził, że nawet jeżeli tlący się konflikt będzie eskalował do poziomu starcia kinetycznego, to Polski on nie dotknie, jesteśmy bowiem bezpieczni dzięki sprawnie działającemu systemowi sojuszniczemu. Dzisiaj ta pewność jest, jak można przypuszczać, już słabsza. 

Zostawmy to. Zapewne i teraz znajdą się tacy, którzy skłonni są postrzegać sytuację w jasnych barwach i raczej podkreślać jedność reakcji Zachodu i zdecydowaną postawę Stanów Zjednoczonych wobec wojny, niż koncentrować uwagę opinii publicznej na problemach i kwestiach wymagających rozwiązania. Ja jednak uważam, że warunkiem roztropnej polityki państwowej jest branie pod uwagę przede wszystkim czarnych scenariuszy i odpowiednie się do nich przygotowanie, również przez aktywne działanie, aby najgorsze się nie ziściło. Strategia „jakoś to będzie”, ryzykowna w indywidualnym życiu, na poziomie państwowym jest zgubna, tym bardziej że sojusznicy chętnie pomagają tym, którzy sią silni i często w trudnej sytuacji sami sobie dają radę. Doświadczenia Ukrainy i zmieniającego się wsparcia dla niej Zachodu są najlepszą ilustracją tej prawidłowości. 

Wyjaśnijmy jednak kwestię zasadniczą. Samotność strategiczna nie oznacza braku wiary w system sojuszniczy, w którym uczestniczy Polska. Tytułowa teza związana jest z tym, co w wielu wypowiedziach podkreśla Andrew Michta, przyjazny Polsce, ale realistycznie nastrojony amerykański ekspert w zakresie bezpieczeństwa. Otóż mówi on, i nie można nie przyznać mu racji, że państwa takie jak Polska – o naszym potencjale, ambicjach i leżące w takim miejscu globu – muszą kształtować samodzielnie otaczającą własną przestrzeń, w tym przede wszystkim w zakresie bezpieczeństwa. Nasze oddziaływanie musi mieć co najmniej charakter regionalny, musimy starać się wpływać na rozwój sytuacji, tak aby wypadki, które mają miejsce, w efekcie stabilizowały sytuację zgodnie z polskim strategicznym planem wielkiej gry. Czy to oznacza porzucenie przez sojuszników? Wręcz przeciwnie. Samotność strategiczną należy rozumieć raczej jako konieczność przeprowadzenia własnego, polskiego rachunku strategicznego, którego rezultatem powinien być plan działania w perspektywie następnych kilkunastu lat. A ten rachunek trzeba prowadzić w samotności, wychodząc z założenia, że nie wszystkie nasze interesy pokrywają się z interesami naszych sprzymierzeńców. Przez plan działania należy rozumieć również próbę kształtowania systemu 

sojuszniczego, w którym uczestniczymy, tak aby możliwie dobrze obsługiwał on polskie interesy. 

Nikt przy zdrowych zmysłach nie może proponować rozluźnienia więzów z NATO, Stanami Zjednoczonymi czy Unią Europejską, ale równie nieroztropne jest oczekiwanie, że inni rozwiążą za nas nasze dylematy strategiczne. Krótkowzrocznością jest też niedostrzeganie tego, że nasz układ sojuszniczy ewoluuje, zmieniają się oceny sytuacji i znaczenie poszczególnych państw. Nawet jeśli wszyscy maszerujemy w jednym kierunku, to nie w tym samym tempie. Zmieniają się rolę, które mają do odegrania w NATO poszczególne państwa, zmienia się sam Sojusz Północnoatlantycki, zmienia się rachunek strategiczny każdego uczestniczącego w tym aliansie państwa. Wreszcie wojna na Ukrainie pokazuje fundamentalnie istotne kwestie – jak zagospodarować NATO-wską przestrzeń Morza Bałtyckiego, aby skokowo zwiększyć głębię strategiczną i system ewentualnej obrony państw bałtyckich, a także zmusza nas do postawienia problemu charakteru polityki odstraszania na wschodnim froncie NATO. Sam Pakt Północnoatlantycki ewoluuje, zmieniają się potrzeby, spojrzenie strategiczne i wyzwania, w tym najważniejsze – w zakresie regionalnego systemu bezpieczeństwa. Zmusza nas to nie tylko do poruszenia drażliwej kwestii dotyczącej rzeczywistych zdolności naszych europejskich sojuszników z NATO do przyjścia nam z odsieczą, jeśli Rosja zdecyduje się pewnego dnia na kolejną wojnę. Nawet zakładając, że Paryż czy Berlin bez wahania i zbędnej zwłoki postanowią wywiązać się z przyjętych zobowiązań sojuszniczych, co obserwując zaangażowanie tych stolic w wojskowe wspieranie walczącej Ukrainy, nie może być przyjmowane w kategoriach aksjomatu, to pojawia się kwestia zdolności. I tu sprawy mają się znacznie gorzej, bo w obecnym stanie nasi zachodnioeuropejscy sojusznicy nie mają ani potencjału, ani możliwości, aby przysłać odsiecz walczącemu Wschodowi. Mimo szumnych zapowiedzi nie podjęto też jeszcze realnych kroków, aby zmienić ten stan rzeczy. A to oznacza, że z wojskowego punktu widzenia możemy liczyć jedynie na siebie, naszych sojuszników regionalnych i oczywiście na Stany Zjednoczone. Wojnę będziemy musieli przez długi czas prowadzić w samotności, nawet jeśli 

wydarzenia potoczą się po naszej myśli, czyli Amerykanie nie będą zaangażowani militarnie w rejonie Indo-Pacyfiku. Jeśli będą, to czas samotnej walki w ramach regionalnego układu sojuszniczego może się bardzo wydłużyć. 

Hugh White, wybitny australijski specjalista w zakresie bezpieczeństwa, napisał, że mimo geograficznego oddalenia strategiczne położenie Australii i Polski jest w gruncie rzeczy dość podobne. Po pierwsze w obu naszych krajach jeszcze do niedawna elity strategiczne żyły w przekonaniu, że po zimnej wojnie i rozpadzie ZSRR stare układy sił i wzory rywalizacji geostrategicznej odejdą do historii. Te oczekiwania wpłynęły na politykę bezpieczeństwa i w konsekwencji na stan sił zbrojnych. Drugim podobieństwem jest to, że zarówno Polska, jak i Australia, państwa średniej wielkości, przez co należy rozumieć potencjał gospodarczy i ludnościowy, a nie obszar, dziś zagrożone są w oczywisty sposób przez ambitne mocarstwa regionalne chcące rozszerzyć swoją strefę wpływów. Po trzecie „oba nasze kraje są bliskimi sojusznikami USA i uzależniły się od tego sojuszu w nadziei na ochronę przed zagrożeniem ze strony innych mocarstw”. Ale jednocześnie zarówno w Canberze, jak i w Warszawie narasta przekonanie, że w nadchodzących latach i dekadach nie można traktować perspektywy amerykańskiej pomocy jako pewnik. A to oznacza, w opinii Hugh White’a, że zarówno Australia, jak i Polska będą zmuszone w nadchodzących latach do samodzielnego rozwiązania podstawowej kwestii w zakresie własnego bezpieczeństwa, którą jest odpowiedź na pytanie: „Jak najlepiej zadbać o własne bezpieczeństwo wobec potencjalnego zagrożenia ze strony mocarstw bez uciekania się do pomocy Amerykanów?”. To w opinii australijskiego stratega skazuje nas na dążenie do uzyskania samodzielności strategicznej, niezbędnej w obliczu rysujących się zagrożeń. 

White, analizując sytuację własnej ojczyzny, buduje hierarchię celów i narzędzi, którymi trzeba będzie się posłużyć, dążąc do ich osiągnięcia. W jego przypadku przybiera to postać systemu koncentrycznego, kręgów bezpieczeństwa o różnym stopniu ważności i różnych w związku z tym priorytetach. W sposób organiczny bezpieczeństwo wiąże się w tym wypadku z oddziaływaniem na przestrzeń otaczającą Australię i z podjęciem pró- by – w zależności od miejsca na liście priorytetów – przez nią samodzielnego kształtowania sytuacji lub współkształtowania w ramach systemu sojuszniczego. Jednak punktem wyjścia jest zawsze ocena własnej sytuacji strategicznej, sformułowanie głównych celów i budowa adekwatnych narzędzi. Tak samo jest w przypadku Polski. 

Zacznijmy od celu, który w naszym przypadku jest dość oczywisty i na poziomie społecznym nie budzi raczej wątpliwości. Jest nim zbudowanie skutecznego systemu obrony przed Rosją. Ale co to w praktyce oznacza i jaką funkcję ten system powinien realizować? Uważam, że w interesie Polski, i to nie traktowanym w kategoriach celu doraźnego, ale wręcz historycznego, leży wypchnięcie Rosji z Europy – odebranie jej możliwości oddziaływania na układ sił na kontynencie europejskim, wpływania na nasze, Europejczyków, wybory, rozgrywanie naszych sporów. Rosja wypchnięta do Azji, obrócona w stronę Chin, oczywiście w sensie geostrategicznym, jest państwem z naszej perspektywy mniej groźnym. To zresztą wydaje się wspólnym interesem naszym i naszego amerykańskiego sojusznika. Oczywiście są też różnice, bo Waszyngton nie jest zainteresowany nadmiernym zbliżeniem Moskwy i Pekinu, tym bardziej przekształceniem Federacji Rosyjskiej w państwo wasalne czy uzależnione od Chin. To też powoduje, że na Zachodzie, ale także w Ameryce, nie myśli się poważnie o realizacji scenariusza, który w Polsce budzi największe nadzieje. Chodzi oczywiście o kolejną smutę w Rosji, a może nawet perspektywę jej wewnętrznej dezintegracji. Na Zachodzie przeważa raczej trzeźwy pogląd, o czym otwarcie pisał ostatnio choćby Robert D. Kaplan, że upadek wielkiego mocarstwa jest zawsze zjawiskiem potencjalnie groźniejszym niż jego trwanie, nawet jeśli mamy do czynienia z mocarstwem agresywnym, gnijącym, a przez to zdolnym do nieobliczalnych ruchów. Rosyjskie elity, które dziś nie przejawiają ochoty do akceptacji swej porażki w wojnie z Ukrainą, już zaczynają szczególnego rodzaju przetarg strategiczny z Zachodem, w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi. Mówiąc o gotowości do akceptowania asymetrycznych relacji z Chinami, a jednocześnie otwierając perspektywę konfliktu z kolektywnym Zachodem, który może trwać nawet kolejną dekadę i niewykluczone są w tym czasie nowe wojny, zakreślają oni jednocześnie pole ewentualnego kompromisu, tego, jak ma wyglądać powojenny ład. Rosja nie przyjmie w świetle tych sygnałów poniżającego ją pokoju, a to oznacza, że albo ukraińska wojna będzie się ciągnęła jeszcze długo, albo interesy Moskwy zostaną uwzględnione. (…)

A zatem mówiąc o zakończeniu obecnej wojny na Ukrainie, musimy stawiać kwestię pokoju – nowego regionalnego systemu bezpieczeństwa i odpowiedniej konfiguracji sił – tak ukształtowaną, aby nie dopuścić do dogrywki na rosyjskich warunkach. Nawet zwycięstwo Ukrainy w obecnej wojnie nie rozwiąże tego dylematu i nie zwolni nas, Polski, z konieczności współkształtowania nowego układu. Jeśli mówimy o zdolnościach do powstrzymywania Rosji, to w obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę układ sił i gotowość naszych sojuszników do kontynuowania twardej linii wobec Rosji, wydaje się oczywiste, że bez Polski, bez Ukrainy, Skandynawów i Bałtów, może jeszcze Rumunii i naszych południowych sąsiadów, nie zbudujemy nowego stabilnego systemu. 

Nie zagwarantujemy sobie bezpieczeństwa, a w konsekwencji możemy nie być w stanie odbudować Ukrainy. Piszę „my”, bo to nasze polskie zadanie. Ukraina, która nie będzie się w stanie odbudować, Ukraina pozostająca państwem gospodarczo i cywilizacyjnie zdegrado- wanym może przekształcić się w czynnik regionalnej destabilizacji. Uchodźcy nie wrócą, a zwolnieni po wojnie do cywila żołnierze nie znajdą dla siebie miejsca we własnym kraju. Jaki to jest potencjał politycznej destabilizacji kraju, nie muszę pisać. Ukraina nie będzie w stanie przekształcić się w „Izrael Wschodu”, państwo z silną armią, bo po prostu nie będzie miała na to pieniędzy. Dziś PKB tego umęczonego wojną państwa oscyluje na poziomie około 120 mld dol., a powrót do stanu z roku 2021 zajmie Ukrainie w świetle szacunków rządowych analityków najbliższe 10 lat. Pod warunkiem że wojna się zakończy w najbliższym czasie, a kraj będzie się rozwijał w tempie 7,5 proc. średnio w każdym roku. Skąd zatem Kijów weźmie pieniądze na odbudowę swojego potencjału militarnego, jeśli już obecnie relacja długu publicznego do PKB przekracza 100 proc. i z każdym miesiącem przedłużającej się wojny ulega pogorszeniu? Wbrew naiwnym twierdzeniom tych, którzy myślą, że jesteśmy bezpieczni w NATO, tak nie jest. Sprawa przyszłości Ukrainy jest naszą, polską sprawą, bo mamy w gruncie rzeczy do czynienia z dwoma scenariuszami – sukcesu w tym zakresie lub porażki. Innych wariantów nie ma, nie wrócimy do „starych dobrych czasów”, kiedy mogliśmy, Polacy i Ukraińcy, żyć obok siebie, niespecjalnie interesując się sprawami sąsiadów. Gruntownie zmienił to 24 lutego Władimir Putin. Dziś może- my zakończyć wojnę i wygrać pokój, co oznacza skuteczną odbu- dowę Ukrainy i stworzenie regionalnego systemu bezpieczeń- stwa, albo przegrać pokój, nawet jeśli uda się wojnę wygrać. Jest to również kluczowy dylemat z zakresu polityki skutecz- nego odstraszania Rosji. Możemy dysponować wspólnym po- tencjałem wojskowym, który powstrzyma Moskwę przed kolej- ną agresją, albo ryzykować „dogrywkę”. Instynktownie czują to ukraińscy politycy, mówiący o znaczeniu bliskiej współpra- cy między Kijowem a Warszawą i kolektywnym, w ramach po- wojennego ładu, regionalnym systemie bezpieczeństwa. Alter- natywą jest zgoda na przekształcenie się Ukrainy w państwo upadłe, cywilizacyjnie zdegradowane, zniszczone wojną, z któ- rego młodzi ludzie wyjeżdżają, państwo pustoszejące. Jak może to w praktyce wyglądać, nawet bez kolejnej rosyjskiej agresji, można zobaczyć, jadąc do Bułgarii czy Bośni i Hercegowiny. To zresztą czyni iluzoryczną koncepcję „orientacji na Niemcy”, czyli budowania z udziałem Polski europejskiej suwerenności strategicznej. Dlaczego? Nie rozwiązuje to kwestii naszego pe- ryferyjnego położenia, a zwłaszcza w sytuacji oczywistych róż- nic w ocenie polityki wobec Rosji między Warszawą a Berlinem nie gwarantuje nam bezpieczeństwa. Przede wszystkim dlatego, że europejskie centrum podejmowania decyzji zlokalizowane między Berlinem a Paryżem nie będzie miało skrupułów, jeśli przyjdzie płacić cenę poświęcenia interesów obszarów peryferyjnych w zamian za utrzymanie stabilności. W „nagrodę” za dołączenie do strategicznie suwerennej Europy zakonserwowany zostanie też nasz peryferyjny status państwa II kategorii. 

Chcąc myśleć o środkowoeuropejskim systemie bezpieczeństwa, musimy wziąć pod uwagę kwestię białoruską. I z tego doskonale zdają sobie sprawę ukraińscy politycy argumentujący, że pozostawienie Białorusi w rękach Putina czy satrapy w rodzaju Łukaszenki uniemożliwia zbudowanie spójnego systemu bezpieczeństwa w regionie. Ukraina, jeśliby założyć, że w Mińsku nic się nie zmieni, pozostawałaby w sytuacji przypominającej Czechosłowację z roku 1938, państwa otoczonego z trzech stron przez wrogie sobie i przygotowujące się do uderzenia mocarstwo. W takiej sytuacji tylko kwestią czasu byłaby kolejna wojna. Tylko że tym razem Moskale doskonale wiedzą, że nie złamią oporu Ukraińców bez jednoczesnego obezwładnienia Polski, przez którą biegną główne kanały zaopatrzeniowe i która daje Ukrainie głębię strategiczną. Czy to musi oznaczać od razu wielką wojnę kinetyczną z NATO? Oczywiście że nie, ale próba destabilizacji sytuacji w Polsce, wyłączenia nas z gry wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zostanie podjęta. Jest to tym groźniejsze w sytuacji – o czym też piszę w tej książce obszernie – gdy NATO nie ma strategii przeciwdziałania agresji poniżej artykułu 5 i do zwalczania rosyjskich działań w sza- rej strefie jest generalnie słabo przygotowane. Wracając jeszcze do kwestii Białorusi, warto zauważyć, że zmiana jej geostrategicznej orientacji, co moim zdaniem powinno być jednym z priorytetów polskiej polityki w najbliższym dziesięcioleciu, zmienia również zagrożenie związane z istnienie enklawy kaliningradzkiej. Jeśli dobrze wykorzystamy szansę, którą jest wejście Szwecji i Finlandii do NATO, to w połączeniu ze zmianami na Białorusi możemy całkowicie zniwelować wojskowe znaczenie tej wielkiej rosyjskiej bazy wojskowej. Strategicznie oznacza to zażegnanie jednego z największych zagrożeń dla Polski, a ścisły sojusz wojskowy i polityczny z Bałtami, Ukrainą i docelowo z Białorusią odpycha Rosję na co najmniej 500 km od naszych granic. Zmienia też relację sił w Europie, bo Berlin będzie musiał się ostatecznie rozstać z myślą o budowaniu szczególnych powiązań i stosunków z Moskwą. Niewykluczone, że realizacja tego geostrategicznego planu będzie w stanie wyzwolić wreszcie nas, Polaków z przeklętego dylematu naszej polityki rozpiętej między Rosją a Niemcami. Nawet pobieżny rachunek potencjałów państw połączonych zarówno wspólną za czasów I Rzeczypospolitej przeszłością, a dziś podobną oceną zagrożenia ze strony Rosji wskazuje, że jesteśmy w stanie zbudować konfigurację, której Moskalom nie uda się przeciwstawić bez ryzykowania konfliktu nuklearnego. Środkami konwencjonalnymi nie zdołają nas złamać, a przed wojną jądrową ma chronić nas strategiczne partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi, choć nie ma co ukrywać, że kwestia amerykańskiego parasola nuklearnego też musi zostać postawiona na agendzie. Zmienia to również rachunek sił w naszym NATO-wskim systemie bez- pieczeństwa, który ewoluuje, co jest rzeczą oczywistą, bo mamy do czynienia z nowymi wyzwaniami.

Warto też postawić pytanie, ile mamy czasu Jak szybko musimy pracować? Odpowiedź jest ważna dlatego, że kieruje naszą uwagę zarówno na to, z jak dużymi zaniedbaniami mamy do czynienia, jak również na to, jak szybko zmienia się środowisko bezpieczeństwa. Prościej rzecz ujmując, daje nam choćby tylko częściową odpowiedź na to, czy musimy liczyć się z głębokimi zmianami, o wymiarze historycznym, bo inaczej nie zdążymy, czy możemy realizować nasze plany w spokojniejszym rytmie, dbając o doprecyzowywanie szczegółów. Warto, szukając odpowiedzi na to pytanie, odwołać się do raportu Alphen Group, międzynarodowego think tanku strategicznego, który w październiku 2022 roku zorganizował debatę 60 ekspertów strategicznych z trzech kontynentów poświęconą wnioskom, jakie płyną z wojny na Ukrainie, niezbędnym kierunkom zmiany zachodniego systemu bezpieczeństwa i temu, w jaką stronę ewoluuje współczesne pole walki. Efektem ich narad i dyskusji jest sześć raportów i syntetyzujący wszystkie ustalenia raport matka – opracowanie będące czymś w rodzaju wprowadzenia do dyskusji, bo nieskrywaną ambicją organizatorów seminarium jest rozpoczęcie w świecie zachodnim poważnej debaty na temat konieczności reform. Alphen Group jest prywatnym think tankiem strategicznym, „nieformalną siatką wiodących myślicieli strategicznych”, jak sami o sobie piszą, którzy w obecnych czasach postanowili połączyć wysiłki, aby poważnie dyskutować o zachodnim systemie bezpieczeństwa, jego brakach i potrzebach. W skład tej sieci wchodzą emerytowani wojskowi (m.in. generałowie Ben Hodges i David Richards), akademicy (prof. Lindley-French, Keir Giles, Andrew Michta czy Anna Wieslander), politycy i eksperci w rodzaju Iana Brzezińskiego, Edwarda Lucasa czy Aleksandra Vershbowa. Listę osobistości można jeszcze ciągnąć, bo w prace Alphen Group zaangażowanych jest kilkadziesiąt osób, ale nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z gremium zarówno praktyków, jak i ekspertów oraz wieloletnich doradców rządów zachodnich mocarstw. Już pierwszy wniosek, jaki formułują, jest zaskakujący i nieczęsto pojawia się w polskiej debacie publicznej. Otóż – jak piszą autorzy raportu – „Zachodnia polityka odstraszania przed wojną ukraińską zawiodła, ponieważ Rosja nie wierzyła lub nie uwierzyła w to, że demokracje nałożą na nią wysoką cenę, jeśli Moskwa przekroczy czerwoną linię i zaatakuje Ukrainę. To niepowodzenie odstraszania rozpoczęło się w Syrii w 2013 roku i na Krymie w 2014 roku. Odstraszanie nigdy więcej nie może zawieść”. Przekonanie o tym, że w przyszłości odstraszanie nie może zawieść, wprost wynika z obserwacji charakteru obecnej wojny, która jest konfliktem na wyniszczenie, co oznacza, że skala strat jest nieakceptowalna. Mamy tu do czynienia z obserwacją fundamentalnej rangi związaną z zachodnim systemem obrony. Ale po kolei. Zdaniem obradujących w Wilton Park ekspertów wojna na Ukrainie jest „testem siły woli” walczących stron, którymi z jednej strony jest Rosja wraz z jej sojusznikami, a należy założyć, że Moskwa prędzej czy później uzyska wsparcie Pekinu, zaś z drugiej strony oprócz bezpośred- nio zaangażowanej w walkę Ukrainy wojną objęte są wszystkie państwa kolektywnego Zachodu. I od siły woli tak szeroko zarysowanych stron konfliktu zależy jego wynik. Mamy też do czynienia ze zamianami w zakresie natury przyszłych wojen – rozszerzeniu ulega zarówno liczba domen, w których konflikty będą miały miejsce, jak i objęte nimi będą obszary do tej pory znajdujące się poza klasyfikacją tradycyjnych konfliktów, czyli wzrośnie rola działań hybrydowych toczonych w szarej sferze. To zaś wymusza zamianę NATO-wskiej strategii obrony i podstawy odstraszania, które „muszą być zatem celowo powiązane z nową drabiną eskalacji, która rozciąga się na spektrum sił hybrydowych, cybernetycznych i hiperwojennych (konwencjonalnych i nuklearnych)”. Wojnę należy zatem rozumieć szerzej niż do tej pory, również poniżej działań o charakterze kinetycznym. Kolejną lekcją wynikającą z dotychczasowego przebiegu wojny na Ukrainie jest przekonanie o niezbędnych zmianach w zakresie systemu dowodzenia. Im jest on bardziej rozproszony, przeniesiony na niższe poziomy, zbliżony do ideału mission command, tym lepiej. W nowoczesnych konfliktach wojennych systemy scentralizowane i zhierarchizowane stają się nieefektywne, powodując, jak w przypadku sił rosyjskich, niemożność wykorzystania przewagi sprzętowej. „Pod pewnymi względami – argumentują Autorzy – współczesna wojna lądowa przypomina wojnę podwodną, ponieważ siły ukraińskie okazały się bardzo sprawne w ukrywaniu się, skradaniu i przeprowadzaniu nagłych uderzeń. Wojna również przesunęła się w kierunku systemu Über-targeting, który oparty jest na zasadzie działania małych i dobrze ukrytych zespołów uderzeniowych, które otrzymały uprawnienia do uderzenia według własnego uznania”. Taka ewolucja pola walki sprawia, że państwa NATO, szczególnie te narażone na atak, będą w najbliższym czasie zmuszone do rozbudowy swoich systemów logistycznych. Od ich sprawności zależy bowiem w dużym stopniu rozwój sytuacji w związku z bardzo aktywnie prowadzonymi działaniami i zaopatrzenie musi po prostu rytmicznie i w dużych ilościach docierać. Co więcej, cały Pakt Północnoatlantycki będzie zmuszony do zmiany formuły obecności swoich sił na rzecz systemu forward deployed, który zakłada budowę systemu magazynów, szczególnie amunicji, ale również sprzętu możliwie blisko teatru przyszłych działań wojennych. Współczesny konflikt rozgrywa się bowiem w takim tempie i z taką intensywnością, że nawet położenie większego nacisku na mobilność i logistykę wojskową, tak jak to obecnie robi NATO, nie gwarantuje, że posiłki zdołają dotrzeć w niezbędnym dla skutecznej obrony czasie. „Wojna na Ukrainie ujawniła również – dowodzą autorzy raportu – podatność sił pancernych i opancerzonych wroga na uderzenia, jeśli te nie są wspierane przez piechotę i śmigłowce, a także zwróciła uwagę na potrzebę uzyskania przez siły NATO zarówno przewagi ogniowej, jak i w zakresie uderzeń kontrbateryjnych. Duża część słabości sił rosyjskich wynika ze skuteczności dronów jednorazowych, dronów szturmowych i systemów amunicji krążącej współdziałających z precyzyjnie naprowadzaną amunicją. Siły NATO potrzebują znacznie więcej wszystkich takich systemów w przestrzeni zarówno taktycznej, jak i strategicznej”. Kolejnym istotnym wnioskiem, który należy wyciągnąć z dotychczasowego przebiegu wojny na Ukrainie, jest dominacja obrony nad atakiem. Nie oznacza to powrotu do wznoszenia umocnionych i ufortyfikowanych linii w rodzaju francuskiej Linii Maginota, ale wymusza przemyślenie architektury systemu, tego, na które środki walki trzeba będzie w przyszłości kłaść większy nacisk. Z pewnością wzrośnie znaczenie sił i środków znajdujących się możliwie blisko linii starcia, ale również, co nie mniej warte podkreślenia, rośnie znaczenie zasobów, które można szybko zmobilizować i dyslokować, w tym odpowiednio wyszkolonych rezerw, które oczywiście trzeba najpierw mieć, bo w czasie wojny nie będzie czasu na ich przygotowanie. 

Na te wnioski wypływające z wojny na Ukrainie należy nałożyć generalną, strategiczną ocenę sytuacji, w jakiej znalazł się świat Zachodu, bo dopiero te dwa elementy – ocena kierunku ewolucji współczesnego pola walki i zagrożeń politycznych, rozeznania głównych przeciwników i obszarów ryzyka – pozwalają na sformułowanie programu działań pozytywnych w perspektywie roku 2035, bo do tego czasu NATO musi odbudować i jednocześnie przebudować swój system obronny. Tym bardziej że sytuacja się zmienia, ewoluuje i w umownym 2035 roku „wszystko będzie bronią”. Do użycia wejdą nowe technologie, które „gruntownie zmienią charakter wojny”. Ale tu nie chodzi wyłącznie o kwestie techniczne, zmienić się również musi podejście państw demokratycznych do polityki obronnej. „Jeśli demokracje mają powstrzymać przyszłą wojnę – argumentu- ją autorzy raportu – przywódcy będą musieli zrozumieć i docenić wartość obrony, a nie tylko widzieć jej koszt, i (będą musieli) przekazać to swoim wyborcom”. W przeciwnym razie niesłychany wysiłek, który nas czeka, nie powiedzie się albo da jedynie częściowe rezultaty, niewykluczone, że zbyt małe, aby odstraszyć ewentualnych przyszłych agresorów. Kluczowe w tym kontekście jest zasadnicze przesłanie sformułowane pod adresem Europejczyków. Jak napisali w swym raporcie obradujący eksperci, „najpóźniej do 2035 roku Europejczycy będą potrzebować wysokiej klasy sił szybkiego reagowania, które mogą działać od głębin morskich do kosmosu oraz w różnych domenach powietrza, morza, lądu, cyberprzestrzeni, informacji i wiedzy. Sił o wystarczającej wielkości i zdolnych do manewru na poziomie XXI wieku, aby móc odpowiedzieć na każde zagrożenie, począwszy od Arktyki po Morze Śródziemne. Muszą to być siły głównie z europejskimi zdolnościami, na wypadek gdyby Stany Zjednoczone zaangażowały się gdzie indziej i nie były w stanie zapewnić pełnego uzupełnienia posiłków. Muszą to być siły o wystarczającej liczebności, aby jednocześnie być w stanie wspierać sojuszników na pierwszej linii frontu i radzić sobie z poważnymi regionalnymi kryzysami i rebeliami”. Czy chcemy czekać do umownego 2035 roku na strategiczne przebudzenie Niemców, Francuzów czy Włochów? 

Na to nakłada się rewolucja technologiczna, „demokratyzacja” wojny, czyli sytuacja, w której postawa ludności cywilnej w czasie konfliktu staje się jednym z kluczowych czynników systemu odpornościowego państwa. Przyszłe wojny rozgrywać się będą zresztą nie tylko na polu walki, decydować będą również stan świadomości społecznej i zdolności dowódcze elity strategicznej zaangażowanej w walkę kraju. To też jedna z lekcji wojny na Ukrainie, ale znaczenie tych procesów z czasem będzie tylko rosło. A to oznacza też, że na Zachodzie, zwłaszcza w Europie, musi zostać przywrócona kultura planowania strategicznego, w której bierze się pod uwagę najgorsze, a nie najlepsze scenariusze. 

Może się okazać, że Ameryka nie będzie mogła nam przyjść z pomocą, mimo że niezwykle poważnie traktuje własne zobowiązania obrony „każdego cala” terenów państw NATO. „Jeśli nowa polityka Wysuniętej Obrony NATO (Forward Defence) – piszą autorzy raportu – ma być wiarygodna, to europejscy sojusznicy (oraz Kanada) będą musieli wziąć na siebie znacznie większą odpowiedzialność strategiczną. Będzie to co najmniej wymagało głębokiej zmiany w kulturze i zdolnościach sił europejskich (...). Przede wszystkim Europejczycy muszą zaplanować, jak przewodzić w Europie i wokół niej w sytuacjach nadzwyczajnych przed wybuchem konfliktu i w początkowych fazach samej wojny. Powinni również dysponować siłami ekspedycyjnymi niezbędnymi, aby dać pierwszą odpowiedź na większość kryzysów na peryferiach Europy”. Dziś Europa nie ma takich zdolności i w niemałym stopniu jest uzależniona od Stanów Zjednoczonych. Jednak zmieniająca się sytuacja w świecie skłania do wyciągnięcia wniosku, że przemyślana polityka wzmacniania atlantyckiego systemu sojuszniczego musi oznaczać znaczące zwiększenie zdolności i potencjału wojskowego państw europejskich. A to oznacza również zmianę priorytetów inwestycyjnych i polityki przemysłowej. Dzisiaj w państwach europejskich cykl zamówienie – produkcja – wejście do służby podstawowych platform bojowych trwa od pięciu do siedmiu lat, a to zdecydowanie zbyt długo. Autorzy raportu zdają się w gruncie rzeczy uważać, że jesteśmy w przededniu wojny światowej, i apelują o przyjęcie planów przemysłowych podobnych do brytyjskiego Shadow Industry Plan, którego wdrożenie w 1935 roku pomogło skokowo zwiększyć już w ciągu czterech lat produkcję na potrzeby sił zbrojnych i w konsekwencji wygrać wojnę, choć jak wiadomo, nie było łatwo. 

I ten ton raportu jest chyba najbardziej uderzający. Jego autorzy wzywają do potraktowania obecnej sytuacji poważnie i przygotowania się do wojny. Nie jest ona nieuchronna, ale jeśli będziemy słabi, to jej prawdopodobieństwo rośnie, bo agresywne mocarstwa autorytarne w rodzaju Rosji czy Chin liczą się wyłącznie z argumentem siły. 

I wreszcie ostatnia kwestia. W czerwcu 2022 roku wysunąłem koncepcją związku federacyjnego między Polską a Ukrainą. Nie myślałem o politycznym planie, który powinien zacząć być realizowany w nadchodzących tygodniach czy co najwyżej miesiącach. Nie przywiązuję też większej wagi do opisania ustrojowego kształtu tej wspólnoty, wychodząc z założenia, że jeśli plan polityczny uda się zrealizować, to z perspektywy formalnoprawnej będziemy mieć do czynienia z tworem nowym, „uszytym” zgodnie z wolą stron i odpowiadającym na realne potrzeby, a nie mającym wcielać w życie akademickie definicje. Tak jak Unia Europejska w obecnym kształcie jest z tego punktu widzenia tworem nowym, co więcej, ewoluującym, tak i związek Polski i Ukrainy, a docelowo może również Białorusi i Bałtów, powinien być żywym organizmem. Dziś być może nie napisałbym o federacji, ale raczej posłużyłbym się angielskim terminem Commonwealth (wspólnoty), który wydaje się lepszy, bo podkreśla równoprawność układających się stron. 

Taki właśnie regionalny układ będziemy musieli w nadchodzących latach zaproponować, przekonać do niego naszych partnerów i sojuszników. Mam zresztą wrażenie, że oni tego oczekują. Może nie w Berlinie, tym bardziej nie w Paryżu, bo francuscy liderzy przywykli do myśli, że wszystko wiedzą lepiej, a państwa wschodniej Europy powinny korzystać z okazji, „aby siedzieć cicho”, ale zwłaszcza w Waszyngtonie tego rodzaju aktywność mogą przyjąć z zainteresowaniem i aprobatą. Idea, o której piszę, ma jeszcze jeden walor. Może stabilizować sytuację na Ukrainie. Nie ulega wątpliwości, że najlepszą opcją z naszej perspektywy jest możliwie szybkie wejścia naszych sąsiadów do Unii Europejskiej i do NATO. Mam tu na myśli zarówno Ukrainę, jak i Białoruś. Ale czy jest to scenariusz realny? Jak zareaguje na rozwianie się ich aspiracji społeczeństwo Ukrainy, które dziś jest przekonane, że płaci straszliwą daninę krwi, bo broni europejskich wartości przed moskiewską barbarią, jeśli okaże się, że ich europejskie aspiracje nie ziszczą się szybko? To również z tego powodu my, Polska, musimy mieć plan B. Rozczarowanie ukraińskiego społeczeństwa w takiej sytuacji nie dotknie Berlina, z pewnością nie poruszy sumień we Francji, ale dla naszego bezpieczeństwa i przyszłości może mieć poważne konsekwencje. 

To wszystko razem wzięte oznacza, że główne kwestie o charakterze strategicznym, które starałem się sygnalizować w tej książce, muszą być przetrawione, przedyskutowane i rozwiązane w Polsce, przez nas samych. Na tym, a nie na ocenie związków sojuszniczych polega nasza strategiczna samotność, będąca też warunkiem suwerenności. 

***

samotność

Fragmenty pochodzą z książki: Marek Budzisz, Samotność strategiczna Polski, Zona Zero, Warszawa 2022.