Pamiętajmy, że celem naszych działań w obecnej wojnie systemowej jest bezpieczna i rozwijająca się Polska w nowym systemie, który niewątpliwie się ukształtuje, a wszystko inne to jedynie środek do osiągnięcia tego celu. (Jacek Bartosiak)
____________________________________________________________________________________________________________________________________
SUPLEMENT
Prezentujemy dwa rozdziały najnowszej książki Jacka Bartosiaka – Oczy szeroko otwarte. Polska strategia na czas wojny światowej – która ukazała się na przełomie lutego i marca 2025 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego. Bardzo zachęcamy do lektury całej książki, bez wątpienia „otwierającej oczy” na istotę geopolitycznych wyzwań, przed jakimi stoi dzisiaj Polska.
WYBUCH
W roku 2018 wybuchła wojna światowa. Jeśli chodzi o konkret ną datę jej początku — jeszcze się wspólnie nad tym zastanowimy. Określenie „wybuchła” też nie jest najbardziej fortunne i precyzyjne, bo może lepiej będzie powiedzieć „rozpoczęła się”. Ponieważ rozpoczęła się wojna systemowa, zmieniająca zasady, na jakich działa świat. Taką wojnę nazywamy wojną systemową właśnie dlatego, że zmienia system, w jakim żyjemy. W toku tej wojny zostaną ustalone nowe reguły. To one decydują o warunkach wymiany między narodami i o zasadach wszelkiej współpracy, czyli w istocie o takim, a nie innym podziale pracy i rozdziale jej owoców.
Taka jest natura świata: to duzi, a na pewno bardzo duzi i potężni ustalają zasady gry międzynarodowej, a mniejsi muszą za tymi regułami podążać i się dostosowywać. Gorzej, gdy ci potężni nie mogą się między sobą porozumieć i zaczynają szukać względem siebie przewag, które pozwolą im wybić się ponad innych. Początkowo dzieje się to niemal niezauważalnie, lecz potem — już z otwartą przyłbicą, i to w licznych dziedzinach, w ramach zazębiających się relacji między państwami, przede wszystkim dotyczących produktywności i bezpieczeństwa. Obie te dziedziny są ze sobą wprost powiązane, o czym także piszę poniżej.
Gdy wielcy tego świata w sposób jawny nie pozostają zgodni co do tego, jak można ze sobą współpracować, wtedy mamy właśnie systemowy konflikt, który dla nas zaczął się na dobre w 2018 roku. Choć, jak wyżej zasugerowałem, w przyszłości będą toczone wielkie historyczne spory o to, czy to na pewno był rok 2018. Może jednak wcześniej, może nieco później. Jeszcze do tego wrócę.
Główną osią obecnej konfrontacji jest walka Stanów Zjednoczonych i Chin o to, kto ma przewagę w produktywności i w rynkach zbytu oraz wynikającej z tego marży, czyli ostatecznie o to, kto ma w swoim ręku commanding power of capital — jak się mówi w świecie anglosaskim — czyli kto ma władzę nad pieniądzem i kształtowaniem stosunków kapitałowych w świecie, co niesie za sobą władzę polityczną.
Reszta świata trzęsie się w posadach, próbując dostosować się do kolejnych odsłon systemowej rywalizacji dwóch najważniejszych gospodarek i państw tworzących wokół siebie swoiste pola grawitacyjne oddziałujące na innych. Kiedy to starcie się zakończy, wraz z pomrukami temu towarzyszącymi, nastąpi okres pokoju na zasadach zwycięzcy; choć w sumie może to być również koalicja zwycięskich krajów i powołanych przez nie zapewne nowych organizacji międzynarodowych, które będą nadzorowały nowy cykl systemowy (czy cykl hegemoniczny, w którym nastanie nowy hegemon lub grupa hegemoniczna), o czym też opowiem w tej książce.
Złowrogi bowiem ciąg zjawisk prowadzący do wojny systemowej powtarza się nieubłaganie w każdym wieku od mniej więcej pięciuset lat. Mamy zatem wojnę, ustalenie zasad pokoju kończącego wojnę, następnie błogi okres naiwnej wiary, że właśnie zakończona wojna była już naprawdę ostatnią i „światła ludzkość” nauczyła się unikać kolejnych wojen, tworząc warunki do trwałego pokoju. Niestety, podczas tego okresu stopniowo narastają napięcia wskutek różnic w produktywności między organizmami politycznymi. To prowadzi do geopolitycznej nierównowagi wywołanej nierówną sprawczością (czyli możliwością obsługi własnych interesów) i w rezultacie jedne państwa mają możliwość dawania lub odbierania bezpieczeństwa innym, w wyniku czego tworzą się nowe międzynarodowe zależności przy coraz bardziej sprzecznych interesach. W ten sposób uzyskuje się wpływ na szanse rozwojowe rywali, na ich poczucie bezpieczeństwa, a już na pewno na poczucie bezpieczeństwa zależnych od nich sojuszników (zwłaszcza tych położonych blisko rywala), a także na generowane przez siebie gospodarcze pole grawitacyjne, w którym naturalnie znajdują się inne, mniejsze państwa, w tym sojusznicze.
O ile mniejsze państwa takie zmiany akceptują (bo cóż mają zrobić?), o tyle wielkie mocarstwa nie tolerują zmian, zwłaszcza znacznych, w układzie sił, w którym chodzi o posiadanie sprawczości, i dlatego zawsze wobec tych zmian na różne sposoby „balansują”, próbując ograniczyć wzrost potęgi konkurenta. Cóż dopiero można powiedzieć o napięciu w sytuacji, gdy gwałtowna zmiana dotyczy dotychczasowego bezapelacyjnego globalnego hegemona, któremu wyrasta potężny i potencjalnie dużo większy od starego hegemona konkurent! Wtedy „pułap ka Tukidydesa” — fenomen zazdrości zmieszanej ze strachem z powodu nieustannego wzrostu państwa dotychczas słabszego, które nagle ma możliwość coraz bezwzględniejszego obsługiwa nia swoich interesów i nieliczenia się z niegdyś silniejszym — objawia się w całej okazałości, prowadząc niemal zawsze do konfliktu. Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie.
Cykl ten powtarza się dość regularnie, a na dużą skalę na pewno w każdym stuleciu, od kiedy Europejczycy opanowali Atlantyk, a po nim pozostałe morza i oceany, ustanawiając erę dominacji narodów Zachodu, korzystających z dobrodziejstwa swobodnej komunikacji po wodach Oceanu Światowego. Od naj bogatszych i wiodących prym Niderlandów — po wojnie trzy dziestoletniej — przez Wielką Brytanię — po wojnie siedmio letniej i wojnach napoleońskich — po Stany Zjednoczone — po obu strasznych wojnach systemowych w XX wieku.
Od tego czasu ten, kto kontroluje Atlantyk i Ocean Światowy, kontroluje zasady wymiany towarowej na świecie, z całym gmachem zależności, które uruchomiła kontrola oceanicznej magistrali handlu. Ten gmach zależności nazywamy kapitalizmem.
Upadek Konstantynopola, nauki Marcina Lutra i podróże wychowanków Henryka Żeglarza ze szkoły morskiej w malutkim Sagres w prowincjonalnej Portugalii wprawiły w ruch „dynamikę kapitalizmu”. Odtąd kupcy (dziś mówimy: biznesmeni przedsiębiorcy) dostali szansę „robienia” pieniędzy i pomnażania zysków — bez posiadania formalnej władzy państwowej, poszukując coraz większej produktywności, nowych rynków, lepszego zysku i opłacalnego podziału marży. Stary feudalny system podziału pracy, oparty na legalizowanej przez organizmy politycznogospodarcze rencie, który zależał zawsze i bez wyjątku od stosunków we władzach politycznych, został w Europie obmywanej wodami Atlantyku zastąpiony przez nowy kapitalistyczny system. Stary system miał oczywiście swoje wady, zapewne znacznie gorsze, ale i kapitalizm, który go zastąpił — również je posiada.
Kapitalizm, którego początków dopatrywać się możemy w portach Genui i Wenecji, tworzył ponadpaństwowe systemy handlowe, produkcyjne i finansowe (regionalne, kontynentalne
i międzykontynentalne łańcuchy dostaw i wartości) oparte na marży. Choć sam nie mógł rozkwitać bez istnienia państwa rozumianego w sposób westfalski, w którym każde państwo suwerennie tworzyło własny minisystem wymiany i stosunków władzy, w czym musiał „zmieścić” się kupiec, to jednak przejawy aktywności nowego zjawiska, jakim stał się kapitalizm po zdobyciu Atlantyku przez Europejczyków, odwróciły wcześniejszą zależność, polegającą na tym, że dawni kupcy epoki przedkapitalistycznej (i ich zyski) zależeli w całości od dobrych stosunków z władzą, czy wręcz od bycia „przy władzy” z jej monopolem na fizyczną przemoc.
Okazało się, że teraz to państwa potrzebowały (a nawet było to dla nich koniecznością) stworzonych przez kapitalizm systemów handlowych i ponadpaństwowych powiązań kapitałowych, produkcyjnych i handlowych, by mogły uczestniczyć w międzynarodowej grze o sprawczość i zapewniać sobie tym samym nie tylko rozwój, ale także bezpieczeństwo. Działo się tak dlatego, że skomplikowany gmach zależności wymiany między narodami, który nazywam systemem wymiany, stał się pasem transmisyjnym dla realnej władzy w świecie i ścierania się konkurujących ze sobą sprawczości. To przede wszystkim na tym polu dokonuje się dzisiaj realne szacowanie potęgi państwa w nowoczesnym znaczeniu.
Widać to było zwłaszcza w ostatnich osiemdziesięciu latach, w trakcie amerykańskiego cyklu hegemonicznego, który — w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii w XIX wieku — mocno akcentował legitymacje systemowe. Amerykanie zarządzali systemem poprzez międzynarodowe regulacje, międzynarodowe ustalenia i nadzorowane przez międzynarodowe organizacje ponadpaństwowe systemy wymiany, co stwarzało pozory uniwersalnej legitymacji obowiązującego układu, zupełnie na podobieństwo legitymizacji uniwersalistycznej w średniowieczu dla kanonu chrześcijaństwa, co tworzyło kontynentalną strukturę współzależności w chrześcijańskiej Europie, często ponad głowami monarchów. Dla odmiany koronie brytyjskiej w XIX wie ku wystarczał nadzór nad handlem europejskim dzięki kontroli podejść morskich do Europy oraz utrzymywanie — poprzez machinacje geopolityczne Londynu — stosownej równowagi politycznej na kontynencie. Pomagało w tym także kontrolowanie linii komunikacyjnych z rozsianymi po globie zasobami imperium brytyjskiego i ich bezlitosna eksploatacja.
Franklin Delano Roosevelt, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1933–1945, planując pod koniec drugiej wojny system światowy, dążył do stworzenia takich warunków, w których wymiana dóbr odbywałaby się z pomocą międzynarodowych organizacji dbających przede wszystkim o interesy twórcy systemu — najpotężniejszego mocarstwa świata, czyli Stanów Zjednoczonych, kapitalistycznego giganta, obsadzającego kierownicze role w tych organizacjach. Oczywiście międzynarodowe instytucje i towarzysząca im liberalna retoryka obsługująca globalny system wymiany mogły być ważne tylko tak długo, jak obsługiwały amerykańskie interesy, zabezpieczając amerykańską sprawczość wobec całego systemu i wpływ na inne organizmy państwowe w świecie. Świetnie działało to w czasie zimnej wojny, a jeszcze lepiej po 1991 roku. Lecz gdy wszystko to przestało służyć realnym interesom Stanów Zjednoczonych w drugiej dekadzie XXI wieku, prezydent Donald Trump zaczął ów system rozmontowywać. Na dobre rozpoczęło się nieprzestrzeganie zasad, które dotąd obowiązywały, i oficjalne podważanie kompetencji tych instytucji przez przedstawicieli amerykańskiego rządu. Legitymacja systemowa zaczęła ciążyć Amerykanom i gdy piszę te słowa, kanon „uniwersalistycznych reguł” rządzący relacjami między państwami już nie obowiązuje i to właśnie tym najdobitniej przejawia się nowa epoka wojny prowadzonej o nowy system.
Dlaczego powyżej opisany cykl się powtarza, w jakimś złowieszczym kołowrocie logiki, o tym opowiem za chwilę. […]
PRZEBIEG PRZYSZŁEJ WOJNY
Nowa faza wojny systemowej między USA a Chinami zacznie się od wojny finansowej, która będzie politycznie i gospodarczo dużo bardziej intensywna i destabilizująca dla państw korzystających z globalnego systemu wymiany towarowej niż reżim selektywnych sankcji technologicznych, który obowiązuje wobec Chin w 2024 roku. To stanie się dla świata prawdziwym punktem przełomowym.
Poprzedzi go coraz głośniejsze nawoływanie z kręgów przedstawicieli amerykańskiej myśli strategicznej do stworzenia (pod hasłem „dbania o równowagę handlową, walki z subsydiowaniem i nieuczciwymi praktykami oraz promowania wartości w stosunkach handlowych”) bloków gospodarczo-sojuszniczych wokół Stanów Zjednoczonych. Naturalnie — bez udziału Chin. W praktyce będzie to nakłanianie do decouplingu i otaczania Chin specjalnym „kordonem”, który niczym gorset „zdusi” chińskie moce produkcyjne oraz relacje handlowe i tym samym zatrzyma wzrost produktywności Państwa Środka, możliwość akumulacji kapitału i rozwoju. Nawoływania te nie przyniosą żadnych wymiernych i pożądanych przez Waszyngton skutków: Europa nie podąży zdecydowanie za Stanami Zjednoczonymi w swojej polityce gospodarczej, tym bardziej nie zrobi tego Globalne Południe, ogromnie zyskujące na obecnej wojnie systemowej oraz na chińskiej produkcji (w tym dóbr kapitałowych) kierowanej w końcu także poza Zachód. Państwa ASEAN, które stanowią punkt ciężkości rozwoju gospodarki światowej i przyrostu nowej, konsumującej najwięcej klasy średniej, będą coraz bardziej stanowczo mówić Amerykanom, by ci przestali zmuszać ich do wyboru.
Kierownictwo chińskie, podobnie jak niemieckie latem 1936 roku, będzie się już spodziewało tylko najgorszego, przygotowując się do jeszcze ściślejszego reżimu sankcyjnego, odcinania od surowców i technologii, a nawet blokady morskiej wybrzeża Chin lub odległej blokady ruchu morskiego frachtu w cieśninie Malakka, którędy idzie gros chińskiego cargo do Europy, na Bliski Wschód i do Afryki. Przy okazji nie będzie się Pekinowi podobało, że państwa azjatyckie, tradycyjnie pozostające w swojej kulturze politycznej zbyt „grzecznymi”, jeśli chodzi o stosunki międzynarodowe, będą za mało stanowczo zniechęcały Amerykanów do agresywnych działań wobec Pekinu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy bogacą się i rozwijają na współpracy z Chinami, a Chiny starają się je zadowalać. Tu pojawią się napięcia, które Amerykanie będą chcieli rozgrywać na swoją rzecz, zwłaszcza w przekazie medialnym, wskazując na Chiny jako na agresywnego rewizjonistę systemu, który robi się coraz bardziej „nieobliczalny” w swoim zachowaniu. Jednocześnie będą eskalowali i deeskalowali napięcie w regionie, by spowodować zachowanie Chin, które będzie się wpisywało w narrację o „nie obliczalnych Chińczykach”. To jest tak zwany brinkmanship. W tym celu Amerykanie będą wspierać Filipiny i Tajwan w rozlokowaniu amerykańskich systemów rakietowych na spornych wyspach na Morzu Południowochińskim, by podnosić Chińczykom stawkę ryzyka i przedstawiać ich jako rewizjonistów systemu międzynarodowego, na którym „wszyscy zarabiamy w pokoju”.
Wojna finansowa, rozpoczęta przez Amerykanów, będzie dotyczyć w pierwszym rzędzie dostępu do kapitału oraz dostępu do międzynarodowego systemu wymiany towarowej. Dla tego zniecierpliwieni niską skutecznością sankcji gospodarczo handlowych i technologicznych wymierzonych w Chiny oraz niemrawą postawą niedoszłych sojuszników decydenci w Waszyngtonie sięgną po broń finansową, uważając, że to oni kontrolują zasady ruchu mobilnego kapitału w świecie. Będą myśleć, że jest to ich Wunderwaffe w wojnie systemowej. Do tego też powierzchownie będą oceniać słabe strony rynku kapitałowego i finansów Chin, patrząc przez swoje „okulary poznawcze”, zwłaszcza jeśli chodzi o marżowość sektorów i branż. Stąd nieustannie wszem wobec będą ogłaszać, że Chiny „już się kończą”. Wydaje się tymczasem, że Chińczycy mają „nieczytelne” dla przyzwyczajonych do amerykańskiego systemu ekonomicznego nierównowagi finansowe. Takie niezrozumienie innego rodzaju kapitalizmu niż amerykański umocni przekonanie elit amerykańskich, że mogą uderzyć bronią finansową, bo Chiny są zwyczajnie słabe i wojnę finansową muszą sromotnie przegrać.
Pamiętajmy, że wojny wybuchają wskutek złego rozeznania układu sił, a trwają dłużej, niż planowano, bo przeszacowano siłę własną w relacji do przeciwnika, który okazał się silniejszy i odporniejszy, niż zakładano.
Na początek, pod pretekstem specjalnej ustawy przyjętej w Kongresie, Amerykanie doprowadzą więc do sytuacji, w której poczują się zwolnieni z obowiązku zapłaty długu, który mają wobec Chin z tytułu wypłaty odsetek z obligacji i wszystkich innych tytułów. Do tego zaraz potem dojdzie ustawodawstwo zakazujące dostępu chińskich podmiotów do inwestowania i pobierania dywidendy z aktywów amerykańskich oraz korzystania z kapitału kontrolowanego przez instytucje mające swoje źródło w Bretton Woods i recyklingowanego przez system finansowy kontrolowany przez Amerykanów i banki amerykańskiego systemu.
Niedługo potem pojawi się presja — najpierw na firmy amerykańskie, a potem także na firmy z krajów sojuszniczych Stanów Zjednoczonych, zależnych od Waszyngtonu w zakresie bezpieczeństwa, by te zrezygnowały z akcjonariatu chińskiego i chińskiego finansowania własnych inwestycji: od nowoczes nych fabryk samochodów po linie technologiczne akumulatorów, zielonej energii, maszynerii przemysłowej i innych. Potem dojdzie zakaz handlu z Chinami dla amerykańskich sojuszników i zakaz obrotu dla sojuszników Ameryki poza systemem dolarowym pod rygorem nałożenia sankcji na rządy, firmy i biznesmenów. Wreszcie nadejdzie bezpośrednie wywłaszczenie państwa chińskiego i chińskiego biznesu z aktywów amerykańskich. Stosowny powód się znajdzie.
Krokiem następnym będzie próba, początkowo nieudana, zakazania korzystania przez firmy i rządy z recyklingu swoich pieniędzy w amerykańskim systemie finansowym, jeśli używają nowoczesnych technologii chińskich. Ten ruch będzie miał na celu złamanie rozkwitu globalnego chińskiego łańcucha do staw i wartości w Europie, Ameryce Południowej i Łacińskiej oraz w ASEAN.
Akcja taka wymierzona będzie na pewno w naszą Europę i europejskie firmy, które zostaną postawione przed dylematem rozwojowym: Stany Zjednoczone i deglobalizacja albo Chiny, Eurazja, Globalne Południe i dalsza globalizacja, ale już pod presją sankcyjną Amerykanów, którzy będą temu przeciwni, walcząc o utrzymanie s w o j e g o prymatu. Presja sankcyjna będzie mniej lub bardziej skuteczna, a na pewno średnio szczelna — jak dowiodły ostatnie lata amerykańskiej polityki sankcyjnej wobec Rosji.
Wybór geopolitycznej orientacji na Stany Zjednoczone oznaczać będzie dla Europy nie tylko deglobalizację, utratę inwestycji w Chinach i chińskiego rynku (owszem — z jednoczesną ochroną własnego rynku przed naporem produkcji chińskiej), ale także pogłębioną zależność od Waszyngtonu. I to w sytuacji, gdy Amerykanie będą subwencjonować własny przemysł i innowacje, co będzie deindustrializować Europę, odcedzać z niej nowoczesne technologie i pozbawiać kapitału inwestycyjnego oraz kapitału ludzkiego i talentu, przede wszystkim ze względu na nierówny dostęp do taniego kapitału pomiędzy Ameryką a Europą.
Wraz z wojną finansową zapanuje gospodarczy chaos, bo Amerykanie chyba nie rozumieją konsekwencji faktu, że wskutek wojny na Ukrainie i wprowadzonego reżimu sankcyjnego handel w Eurazji w ważnej jego części i tak dokonuje się poza dolarem. To tylko wzmocni napięcie między konsolidującym się gospodarczo obszarem eurazjatyckiego kontynentu a Oceanem Światowym, który Amerykanie będą starali się zgromadzić pod swoją flagą: od Australii i Japonii po Wielką Brytanię i rimland Eurazji, zwłaszcza europejski.
Odcięcie Chin od dolara, zabór ich wierzytelności oraz dalsze sankcje technologiczne doprowadzą, rzecz jasna, do gigantycznego międzynarodowego kryzysu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, popartego manewrami wojskowymi wokół Tajwanu i Morza Południowochińskiego. Albowiem za równo Ameryka, jak i Chiny będą się starały wykazać całemu przyglądającemu się światu, że to wokół nich grawitują decyzje innych państw. A konkretnie — wokół ich potęgi, z którą można związać swoją przyszłość, wybierając silniejszego, który starcie systemowe wygra i narzuci swoją sprawczość nowemu systemowi. Amerykanie będą wtedy zapewniali świat, że mogą zablokować sprawczość makroekonomiczną Chin przy użyciu środków przemocy bezpośredniej, czyli ustanowić blokadę morską Chin. Jednocześnie Chiny mogą zakwestionować percepcję amerykańskiej kontroli systemu wymiany globalnej poprzez ustanowienie kwarantanny morsko-powietrznej wokół Tajwanu i demonstrację możliwości zniszczenia amerykańskiej floty i sił powietrznych na zachodnim Pacyfiku w stopniu wystarczającym i — jak mogą uważać zwolennicy ostrzejszego kursu w Pekinie — zniechęcającym Amerykanów do kinetycznej wojny. To może przypominać zachowanie Niemiec po 1936 roku, gdy w przekonaniu, że działają strategicznie defensywnie, w obawie o reżim sankcyjny — jako rewizjonista systemu wersalskiego — kierownictwo niemieckie ryzykownie przesilało kolejne kryzysy międzynarodowe. Od Nadrenii przez Anschluss Austrii i rozbiór Czechosłowacji — wciąż zapewne uważali, że jedynie zabezpieczają się przed akcją sankcyjną mocarstw wersalskich, przy okazji uzyskując (w swojej ocenie) potwierdzenie słabości i braku determinacji Francji i Anglii do obrony systemu. W głowach Niemców, którzy czuli się potencjalnie „okrążani”, jak przed pierwszą wojną światową, spirala dylematu bezpieczeństwa się nakręcała. I tą obawą uzasadniali podpisanie paktu kontynentalnego ze Stalinem latem 1939 roku. Jak widać, subiektywna psychologia wewnątrz zjawiska dylematu bezpieczeństwa ma potężne oddziaływanie i musi być brana pod uwagę przy budowaniu strategii.
W tym duchu Pekin może przyjąć następującą strategiczną kalkulację: system dolarowy staje się niewiarygodny dla reszty świata, a Amerykanie jawnie używają mechanizmów istniejącego systemu jako broni geopolitycznej, nie wypłacając odsetek Chinom oraz wywłaszczając zagraniczne podmioty, łamiąc przy tym międzynarodowe prawo i ustalone obyczaje. Co więc stoi na przeszkodzie, by kolejne kraje stały się następnymi ofiarami poddanymi takiemu działaniu Stanów Zjednoczonych — od Arabii Saudyjskiej po Francję i Brazylię? Kraje te mogą myśleć, że z byle politycznego powodu, markującego niechęć pogrążonych w długu Amerykanów do spłacania zobowiązań, zostaną pozbawione majątku, na który pracowały ich społeczeństwa i firmy. Właśnie z tego powodu Pekin będzie chciał swoimi wojskowymi demonstracjami wykazać, że amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa w rimlandzie Eurazji, na których opiera się cały system prymatu, są nic niewarte, skoro Chiny mogą odciąć komunikację morską i powietrzną na Tajwan i w pełni kontrolować główną magistralę handlu światowego, jaką jest obecnie Morze Południowochińskie.
Gdy okaże się, że wiarygodności nie ma, a więc sojusznicy amerykańscy położeni blisko Chin muszą tym samym podlegać ich sprawczości makroekonomicznej, to ci sami sojusznicy mogą mieć mniejszą ochotę na recykling własnej marży w amerykańskich aktywach, które i tak są obciążone „dyskusyjną” rentą z racji prymatu Stanów Zjednoczonych. A dodatkowe pomysły dociążenia renty z tytułu prymatu, o których pisałem wcześniej, będą się pojawiać jak przysłowiowe grzyby po deszczu, co tym bardziej może zniechęcać te kraje.
W pewnym momencie Amerykanie wprowadzą także ustawodawstwo nakazujące płacić dodatkowe podatki w razie recyklingu marży zarobionej w Eurazji i inwestowanej w Ameryce. Własność (nie zakup, ale utrzymywanie własności) amerykańskich aktywów przez zagraniczne podmioty będzie bardzo wysoko opodatkowana (co ma zniechęcać do trzymania własności takich aktywów) albo nawet zaledwie tymczasowa (są takie głosy), co w sensie ekonomicznym prawie na to samo wychodzi. Takie pomysły pojawiają się kręgach strategicznych Ameryki, bo — jak mówią niektórzy ludzie wokół prezydenta Trumpa — nie można na dłuższą metę sprzedawać własnego majątku, by móc konsumować na kredyt... Konsumpcja ta, dodajmy, jest produkowana głównie przez geopolitycznego rywala, czyli Chiny, na niej ten rywal zarabia, a następnie pożycza Ameryce zarobione pieniądze, by ta mogła konsumować i wydawać więcej, niż zarabia!
W Waszyngtonie zdaje się panować specyficzny schemat myślowy. Podzielają go zapewne neoreaganiści, ale i wielu innych. Wydają się myśleć następująco: skoro świat chce inwestować swoje nadwyżki w aktywa Stanów Zjednoczonych, to uważa te aktywa za cenne. Skoro system amerykański wciąż jest wiarygodny i wygodny dla inwestora, historycznie uchodząc za bezpieczną przystań dla inwestowania marży z całego świata (niezawisłe sądy, duży rynek zbytu, dojrzałość rynku i doradztwa kapitałowego itp.), to świat powinien nam płacić za utrzymanie własności amerykańskich aktywów, ale jedynie po to, by ostatecznie nigdy nie stać się ich właścicielem... Tak zdaje się to wyglądać i przyjdzie nam się przyzwyczaić do świata pełne go tego rodzaju pomysłów, które nie pasowały do ery otwartej globalizacji.
Swoją drogą zdumiewające jest przekonanie amerykańskich elit, że robią tyle dobra dla świata, że świat powinien im dodatkowo płacić za możliwość pożyczania swoich pieniędzy — zarobionych na swoich surowcach, swojej pracy, organizacji i pomysłowości. W ten sposób pożyczają de facto samym Amerykanom, i to na potrzeby ich nadmiernej konsumpcji, by utrzymać spokój społeczny. Dodajmy, na zbytki, na które Amerykanie nie są w stanie sami zarobić, bo wydają więcej, niż generują dochodu. Dodatkowo, kontrolując emisję i kurs globalnego dolara oraz odcinając od systemu wrogów takich jak Chiny, Rosja i inni, mogą tak naprawdę nie płacić odsetek od pożyczonych środków. Zgodnie z tym rozumowaniem mogą się nawet przyzwyczaić i uznać za słuszne to, że nie muszą oddawać swojego majątku w zamian za dostęp do tych środków! Renta feudalna, wynikająca ze światowego prymatu, to stanowczo zbyt mało powiedziane na określenie tego schematu.
Od moralnego oburzenia ważniejsza jest tu jednak konstatacja, że ten schemat myślenia doprowadzi świat do wojny, bo nie pozostawia nadziei na dogadanie się. Prymat musi się ostać, by Ameryka nie upadła, by nie zbankrutowała i by pokaźna grupa ludzi na wschodnim i zachodnim wybrzeżu USA, żyjąca z prymatu, dalej mogła w tym schemacie zarabiać krocie. Ten schemat myślenia i działania daje ponadto poczucie ogromnej władzy nad sprawami świata, bo daje poczucie władzy nad emisją, dostępnością i wartością światowego pieniądza, którego „każdy” potrzebuje. To będzie moim zdaniem bardzo istotny czynnik w kalkulacji amerykańskich elit, wskazujący na agresywną eskalację wojny systemowej.
Kluczowym pytaniem, które wojna systemowa rozstrzygnie, jest zatem: czy — gdy przychodzi co do czego — prawdziwa władza wynika z kontroli podaży pieniądza, czy z innych czynników?
Zobaczymy. To też jest wielkie filozoficzne i w istocie etyczne zagadnienie, dotyczące organizacji pracy ludzkiej na skalę globalną, żeby nie powiedzieć wzniośle — planetarną.
Wtedy wraz z amerykańskim uderzeniem finansowym przekroczony zostanie Rubikon. Świat wskutek takiej praktyki będzie szukał jakiegoś sposobu, by inwestować marżę gdzie indziej. Im bardziej będzie chciał to robić, szukając lokacji swojego kapitału poza Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej Ameryka nie będą tego zabraniali, działając w myśl schematu, że w razie wojny finansowej z Chinami i wprowadzenia powyższych drakońskich metod (które w przypadku innego kraju skutkowałyby ucieczką kapitału i utratą wiarygodności) kapitał zagraniczny i tak nie będzie miał gdzie pójść. „Trochę się obrazi” na nowe zasady poboru renty z prymatu, potem „pomarudzi”, a ostatecznie „grzecznie wróci” do Stanów Zjednoczonych i będzie płacił „frycowe”, godząc się akceptować kursowe kaprysy drukarki FED. No bo gdzie miałby pójść? Do Chin, z ich brakiem państwa prawa i nieuczciwymi sądami? Do skorumpowanej Rosji? Do coraz bardziej nieatrakcyjnej inwestycyjnie i starzejącej się Europy, zależnej — jak uważają Amerykanie — w zakresie bezpieczeństwa od USA (czyli amerykańskiego wasala strategicznego)? „Wolne żarty” — zdają się myśleć amerykańscy stratedzy, namawiający do ostrej konfrontacji z Chinami, reprezentujący neoreaganowską frakcję w waszyngtońskich elitach.
To nie koniec drogi prowadzącej do śmierci obecnego modelu globalnej wymiany i w rezultacie do wielu lat geopolitycznego chaosu. W myśl politycznie nośnego hasła ponownej industrializacji Stanów Zjednoczonych pojawią się ustawy dotyczące nałożenia taryfy celnej na produkcję chińską (nie tylko na chińską zresztą) — nawet powyżej sześćdziesięciu procent, co miałoby przekonać biznes w USA do powrotu do realnej produkcji. Ale zanim amerykański biznes będzie w stanie znów produkować dobra o dobrej jakości i w dobrej cenie, najpierw będzie musiał kupić od Chin, Niemiec czy Japonii maszyny i inne dobra kapitałowe, ponieważ same Chiny odpowiadają za trzydzieści procent całościowej produkcji przemysłowej na świecie, a Amerykanie maszyn przemysłowych już w zasadzie nie produkują. Zatem na początku będzie je musiał kupić za granicą, w tym w Chinach, ponieważ w wielu sektorach Chiny produkują najlepiej lub są jedyne. Od turbin po akumulatory, od fabrycznych robotów po wielkie dźwigi portowe.
Prawdopodobnie wraz z politycznym pędem ku amerykańskiej reindustrializacji i apetytami na powrót widoku szczęśliwych robotników idących rano do fabryk w Ohio i Pensylwanii zostanie opodatkowana praca pochodząca z Eurazji. Towary wchodzące na amerykański rynek zza oceanu będą obciążone wyrównawczymi podatkami od różnicy kosztów pracy po to, by wyrównać konkurencyjność poprzez zrównanie do poziomu kosztów pracownika amerykańskiego. To oczywiście dodatkowo uderzy w globalizację, bo ostatnie trzydzieści lat rozwoju gospodarki światowej było właśnie „swoistą optymalizacją kosztów pracy” wskutek wielkich różnic w zarobkach pracowników między kontynentami i odległymi od siebie regionami.
Innymi słowy, z wielu powodów, takich jak brak własnej produkcji maszyn i brak wykwalifikowanego personelu, Amerykanie, by uwolnić się od relacji z Chinami, musieliby jeszcze bardziej uzależnić się od Chin na pewien czas. I to raczej dłuższy, bo niezbędny do odtworzenia własnych mocy produkcji maszyn, wyszkolenia kompetencji kadr i nauki używania narzędzi (służących do realnego wytwarzania dóbr wewnątrz kraju).
To dość toksyczna, trudna psychologicznie i wymagająca niesłychanego kunsztu strategicznego od elit amerykańskich sytuacja. To kwestia pozostawania w przekonaniu o dominacyjnej kontroli systemu finansowego świata i dominacji wojskowej nad Chinami, a jednocześnie nieprodukowania nawet maszyn służących do zwiększenia własnej produktywności. I to w warunkach, gdy właśnie produktywność decyduje o losie klasy średniej, która z kolei decyduje o kształcie i stabilności systemu politycznego Stanów Zjednoczonych. Oba mocarstwa dokładnie z tego powodu mogą się rozmijać we wzajemnej percepcji swojego znaczenia wobec znaczenia rywala, swoich mocnych i słabych stron w tej rywalizacji. To prawdziwa kwadratura koła obecnej wojny systemowej. Bardzo niebezpieczna sytuacja.
Elity obu mocarstw naturalnie będą starały się wygrać bez doprowadzenia do wojny kinetycznej. Wojna kinetyczna, a konkretnie jej wybuch, świadczy o niekompetencji geopolitycznej elit państw rywalizujących. Umiejętne zaś zarządzanie dynamicznie powstającymi nierównowagami potencjałów, w różnych domenach rywalizacji, oraz nieuchronnymi w tym procesie sprzecznościami interesów między mocarstwami — bez doprowadzenia do wybuchu kinetycznej wojny — to właśnie prawdziwy popis geopolitycznej kompetencji.
Obserwując rozwój wypadków, pozostałe kraje świata będą podejmować decyzje o swojej orientacji geopolitycznej zgodnie z własnymi interesami i nadzieją zabezpieczenia sobie jak najlepszej przyszłości, w tym — patrząc na geopolityczny kunszt obu największych mocarstw. Na pewno w obecnej wojnie systemowej nie będą się kierować kwestiami ideologicznymi, jak wielu w Polsce się wydaje. Nie inaczej było podczas pierwszej i drugiej wojny światowej i warto o tym pamiętać.
Chciałbym wyraźnie podkreślić, że to Europa (i jej decyzja) stanowi kluczowy element rozgrywki, od którego zależeć będzie przyszłość świata. Pomimo że nawet jako zjednoczona całość (a nie jest politycznie jednością, w tym oczywiście w sprawach bezpieczeństwa) byłaby teraz słabsza zarówno od Ameryki, jak i Chin. W zależności bowiem od zachowania się Europy w reakcji na wojnę finansową i opisane powyżej działania Amerykanie podejmą decyzję co do sposobu utrzymania światowego prymatu. Jeśli Europa swoimi czynami dowiedzie, że wybiera Stany Zjednoczone i odcina się od współpracy z Chinami, kończąc w ten sposób obecną globalizację na dobre, wówczas wojna kinetyczna będzie pewna, zwłaszcza jeśli nie dojdzie do reform niewydolnego systemu gospodarczego w Ameryce i nastąpi pogłębienie się jej długu. Gdy Europa opowie się za Ameryką i decouplingiem, Amerykanie poczują się bardzo pewnie, jeśli chodzi o swoją sprawczość w odniesieniu do światowego systemu, i mogą uważać, że wolno im robić z Chinami, co chcą, nawet jeśli to będzie tylko niebezpieczna iluzja.
Wybuch wojny w takim wypadku będzie wynikiem próby zakwestionowania przez Chiny amerykańskiej sprawczości w systemie globalnej wymiany. Gwałtowne narzucanie deglobalizacji reszcie świata, od handlu z którą zależne są Chiny (choć od handlu z Ameryką Chiny w 2024 roku zależne już nie są), musi spowodować ostrą reakcję Pekinu. Zwłaszcza że niszcząc obowiązujące do niedawna zasady systemu globalnej wymiany towarowej, Waszyngton podeptałby też interesy wielkiej rzeszy państw połączonej globalnymi powiązaniami gospodarczymi z Chinami.
Pekin będzie bardzo zdziwiony (i zawiedziony) zwłaszcza decyzją Europy. Będzie sądził, że decyzja została podjęta wbrew interesowi Europy; Europa dostanie więc od niego kilka szans na refleksję i próbę porozumienia. Będzie to też oczywiście w jego interesie. Europa poza systemem amerykańskiej zależności strategicznej i trwająca w systemie globalizacji sprzyja ambicjom Chin. Warto zwrócić uwagę, że podobnie mógł rozumować Hitler na temat decyzji geostrategicznej Polski (gdy odmówiła koordynacji swojej polityki z Niemcami) w latach 1938–1939 i podobnie uważali Rosjanie przed wojną z Ukrainą na temat rozkładu interesów i oczekiwanych decyzji głównych państw Europy, które miały rozstrzygnąć o orientacji geostrategicznej Europy. Decyzję tę Europa podejmowała w obliczu inwazji rosyjskiej i wybrała, acz niezbyt ochoczo, orientację atlantycką (po mimo wielu wahań Niemiec i Francji). Europa zrobiła to, choć układ strukturalny przemawiał za wyborem dogadywania się z Rosją z jednoczesnym podeptaniem interesów rozwojowych państw naszego Międzymorza i perspektywą zaproszenia Rosji przez państwa „starej” Europy do nowego układu w Eurazji, co miało wzmocnić Europę w obliczu rosnącej potęgi Chin, dając jej niezależność strategiczną i mocne zakotwiczenie surowcowe i makroekonomiczne na nowe czasy.
Pekin może myśleć, że w obliczu niekorzystnej dla niego decyzji Europy musi szybko pokazać, jak bardzo w rzeczywistości rozdzielne są interesy Waszyngtonu i innych państw, w tym europejskich. Zrobi to poprzez ograniczone i w pierwotnym założe niu kontrolowane zakwestionowanie amerykańskiej dominacji wojskowej, co podważy wiarygodność amerykańskich gwarancji dla całego systemu zależności, które utrzymują pozycję Stanów Zjednoczonych i ich prymat. To właśnie te gwarancje, bo przecież nie uwarunkowania makroekonomiczne, spowodowały w latach 2022–2024, że Europa wybrała opcję atlantycką w starciu z Rosją pomimo wielkiej ceny gospodarczej, jaką zapłaciły za to choćby Niemcy.
W roku 2025 natomiast jak najbardziej zasadne pozostaje pytanie, które powinni zadawać sobie politycy w europejskich stolicach: czy amerykańskie rozszerzone gwarancje nuklearne wobec Europy nie są już tylko blefem ze względu przede wszystkim na zróżnicowanie stawki ryzyka między Stanami Zjednoczonymi a Europą, a co za tym idzie — brakiem determinacji do użycia przez Amerykanów broni atomowej w obronie Europy, gdyby przyszło im ryzykować zniszczenie Waszyngtonu za sprawy w istocie europejskie? Oraz czy amerykańskie konwencjonalne gwarancje bezpieczeństwa nie są przeszacowane i tracą w ten sposób wiarygodność, tym samym wytrącając Amerykanom sprawczość polityczną na Starym Kontynencie?
Właśnie dlatego, podejmując stopniową rywalizację wojskową na zachodnim Pacyfiku, która będzie się wydawała „kontrolowalna” w ramach „skalowalności” rywalizacji, Pekin może mieć nadzieję, że kraje krzywdzone przez amerykańską wojnę finansową i technologiczną prowadzoną wobec Chin nie staną do ostatecznej rozgrywki po stronie USA, że brak wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa je do tego zniechęci. W zamian wybiorą rozwój, pokój i dalszą globalizację, w tym stosunki handlowe i wszelkie inne z Chinami. Wystarczy im to jedynie stopniowo wykazać, bez raptownych akcji, dokonując erozji wiarygodności Ameryki jako dawcy bezpieczeństwa.
Chiny zrobią to poprzez prowokację „selektywnej morsko powietrznej kwarantanny” wobec Tajwanu, wskutek czego wybuchnie wojna ze Stanami Zjednoczonymi, miejmy nadzieję, że krótka. Oby ta wojna toczyła się bez udziału Europy, na co jest spora szansa. Przede wszystkim ze względu na zależność Europy od handlu z Chinami i brak realnych europejskich zdolności wojskowych na Pacyfiku. Pekin postara się, by w takiej wojnie nie brała udziału Japonia, w zamian za co obieca oszczędzić japońskie wyspy i nie atakować japońskiej infrastruktury, która mogłaby służyć Amerykanom w wojnie przeciw Chinom.
W takiej sytuacji Rosja rozpocznie działania wobec wschodniej flanki NATO, co najmniej hybrydowe; możliwa jest też wojna z Polską i krajami bałtyckimi, a obszarem wojennym będzie także terytorium Białorusi. Czy to będzie wojna hybrydowa, czy tradycyjna, rozstrzygnie się w zależności od odporności atakowanych krajów, siły wojskowej Ukrainy w tym konkretnym momencie, tego, kto będzie rządził w Kijowie, oraz od przebiegu wojny na Pacyfiku. Celem Rosji będzie uzyskanie dobrej pozycji do negocjacji z Europą i Chinami co do miejsca Rosji w nowej epoce, która nastanie po trwającej wojnie systemowej.
Wybuch wojny będzie skutkiem selektywnej blokady Tajwanu, która sprowadzi się do tego, że Chińczycy zabronią pływać na wyspę amerykańskim okrętom i przylatywać do Tajpej amerykańskim samolotom. W praktyce oznaczać to będzie, że wszystko, co Tajwan będzie dostawał, będzie pochodziło z kontynentalnych Chin. Chyba że z powodu dzielenia solidarności amerykańskich sojuszników i lojalności wobec Stanów Zjednoczonych Chiny pozwolą na ruch morski i powietrzny na Tajwan innym państwom, oczywiście z wyjątkiem Ameryki. Tymczasem Amerykanie, upewnieni swoim prymatem (szczególnie gdy Europa opowie się za decouplingiem), będą tę kwarantannę przełamywać, zwłaszcza jeśli jeszcze przed jej ustanowieniem wyślą wojska i siły powietrzne na Tajwan, na co się będzie długo zanosiło i co obecnie doradzają „jastrzębie” w Waszyngtonie, czyli liczni nad Potomakiem zwolennicy konfrontacyjnego kursu wobec Pekinu.
Miejmy nadzieję, że wojna ta będzie krótka i ograniczona, jak wojna rosyjsko-japońska z lat 1904–1905 albo amerykańsko-hiszpańska z 1898 roku. Jest na to szansa w tym scenariuszu. Amerykanie będą mieli oczywiście poważny dylemat, co począć z eskalacją horyzontalną, czyli rozlaniem się wojny na kraje i akweny sąsiednie. Czy objęty wojną ma być tylko Tajwan i wody wokół tej wyspy, czy też także całe Morze Południowochińskie i instalacje na tym morzu? A może cele w Chinach kontynentalnych, w tym wielkie porty morskie? Zwłaszcza że za skuteczność kwarantanny będą odpowiadać chińskie systemy ogniowe, na prowadzania i komunikacji zlokalizowane na kontynencie, więc one będą punktem ciężkości wojny, który USA winny wyeliminować. To będzie bardzo trudne, do tego skuteczność uderzeń nie będzie gwarantowała złamania kwarantanny, na pewno nie możliwe to będzie na początku wojny. To oznacza, że Chiny będą miały nad Stanami Zjednoczonymi przewagę eskalacyjną i walor inicjatywy operacyjnej, w tym w wymiarze politycznym. To USA będą musiały zacząć wojnę kinetyczną, tak to będzie wyglądało. Czy w wypadku ataku na systemy w Xiamen, Szanghaju i w głębi Chin Pekin uderzy w Japonię i bazy na archipelagu Riukiu oraz na Guamie i Filipinach, skąd Amerykanie mogą wykonywać uderzenia na chińskie systemy, lotniska, porty i instalacje morskie? Nie mniejszym dylematem stanie się ryzyko eskalacji wertykalnej, czyli co począć z bronią nuklearną, którą mają zarówno Amerykanie, jak i Chińczycy. Pojawi się więc sprawa najważniejsza do zadecydowania: czy w związku z tym do wojny w ogóle wchodzić.
Amerykanie wejdą jednak do wojny i przegrają tygodniową kampanię powietrznomorską wokół Tajwanu, która będzie miała ograniczony charakter zarówno co do miejsca starcia, jak i użytych środków. Po przegranej, podobnie jak Rosjanie po klęsce mukdeńskiej, będą musieli podjąć decyzję, co dalej: czy przegrupują się, zmobilizują i wrócą na wody azjatyckie Eurazji? Rosjanie „wrócili”, wysyłając bałtycką flotę dookoła świata, by ostatecznie mogła na zawsze „spocząć” na dnie Cieśniny Cuszimskiej późną wiosną 1905 roku. O tym, jaką podejmą decyzję, rozstrzygnie amerykańska ocena chińskiej determinacji do wygrania wojny za wszelką cenę, w tym aktualnie dokonująca się rozbudowa chińskich sił nuklearnych. A konkretnie — ocena doktryny i potencjału użycia broni nuklearnej przez Pekin. Dziś bowiem Amerykanie pozostają w przekonaniu, że mają przewagę w broni nuklearnej nad Chinami, mierzoną liczbą głowic, środków ich przenoszenia i zaawansowaniem platform, które wystrzeliwują lub przenoszą głowice nuklearne. To pozwala im na subiektywne poczucie, że mają kontrolę nad eskalacją i że w razie kolejnych niepowodzeń w trakcie drugiej fazy ograniczonej wojny konwencjonalnej, podczas bitwy powietrznomorskiej w pierwszym łańcuchu wysp Pacyfiku, mogą zakończyć wojnę uderzeniem nuklearnym (lub taką groźbą), z jednoczesną demonstracją zdolności do dalszej nuklearnej eskalacji na poziomie strategicznym, jeśli wojna nie zostanie zakończona w momencie wybranym przez Amerykanów i na ich warunkach.
Mniejsze znaczenie ma to, czy Amerykanie naprawdę wierzą, że mają kontrolę nad eskalacją. Dużo ważniejsze jest, czy Chińczycy podejrzewają, że Amerykanie mogą w to naprawdę wierzyć. Prawdopodobnie po to, by nie zachodziła taka niejasność, która zwiększa ryzyko wybuchu konwencjonalnej wojny kinetycznej, Chińczycy gwałtownie rozbudowują swoje zdolności nuklearne, przechodząc z doktryny użycia broni nuklearnej jako broni odwetowej (po tym, jak ich miasta zostaną najpierw zaatakowane bronią nuklearną) na doktrynę użycia własnej broni nuklearnej przeciw rozlicznym celom amerykańskim na terytorium USA, gdy tylko dostaną informację, że amerykańskie rakiety lecą na nich, bez czekania na uderzenie. To duża różnica, bo stwarza dylemat strategiczny i ryzyko po stronie amerykańskiej i dokładnie w tym momencie Waszyngton traci kontrolę nad dynamiką eskalacji. Najważniejsze, żeby Ameryka nie zdawali sobie z tego sprawę i byli świadomi zawczasu, bo to zmniejszy ryzyko wojny. Tym bardziej w takiej sytuacji pojawia się czynnik kalkulacji tego, komu bardziej zależy na zachodnim Pacyfiku, a zatem — kto ma większą determinację, by postawić na swoim (jak bardzo jest to ważne dla USA, jak bardzo dla Chin), i stawkę ryzyka (co się wydarzy dla moich interesów, gdy przegram). I tu przewagę mają Chiny, ponieważ w ostatecznym rozrachunku Amerykanie, nawet gdy przegrają krótką, konwencjonalną wojnę z Chinami, mogą przecież dobrze żyć za Pacyfikiem, zachowując nietknięte Los Angeles i Portland. Upadnie jedynie globalny prymat, a nie Ameryka, która po okresie dostosowawczym może być nadal bogatym krajem na zachodniej półkuli, choć nie będzie już globalnym hegemonem i światowym mocarstwem. America the country („Ameryka — kraj”) zamiast America the empire („Ameryka — imperium”) — jak postuluje Lyn Alden w swojej książce pod charakterystycznym tytułem, zrozumiałym dla czytelnika, który dobrnął od początku do tego momentu lektury — Broken Money.
Dla Chin determinacja i stawka ryzyka są znacznie większe. Chodzi o rozwój setek milionów ludzi po stu latach kolonialnego podporządkowania, a potem dekadach biedy; stawką jest dalszy swobodny ruch morski z chińskich portów, by móc pozostać głównym producentem dla świata, co przynosi wzrost i rozwój Chinom. Bez tego upadnie kruchy kontrakt społeczny w Chinach dotyczący grubo ponad miliarda ludzi. To wielkie chińskie miasta, jak Szanghaj, Xiamen i Ningbo, będą blisko ob szaru wojny. Amerykańskie zaś będą daleko. Tylko amerykańskie terytorium Guam jest blisko teatru wojny i może zostać po traktowane jako miejsce, w którym zostanie zademonstrowana chińska determinacja wygrania kontroli eskalacji w drugiej fazie wojny, by trzymać Amerykanów z dala od pacyficznego wybrzeża Azji. Guam będzie bombardowany przez siły rakietowe Chin, a gdyby Amerykanie chcieli wrócić pod ochroną domniemanej dominacji nuklearnej, można się spodziewać nawet chińskiego wyprzedzającego uderzenia nuklearnego na to terytorium, gdzie są przede wszystkim instalacje i magazyny wojskowe i gdzie mieszka relatywnie mało ludzi. Amerykanie nie będą mieli równie dobrego proporcjonalnego celu, który należałby do Chin, by zademonstrować determinację stoczenia wojny o prymat do samego końca dostępnych im środków eskalacji...
Najbliższe temu kryterium byłyby sztuczne wyspy zbudowane przez Chińczyków na Morzu Południowochińskim. To jednak nie to samo co uderzenie nuklearne na Guam. Poza tym Chiny będą — w scenariuszu selektywnej blokady — starać się, by Japonia nie wzięła udziału w wojnie, by rozdzielić interesy Tokio i Waszyngtonu. To Amerykanie będą naciskać Japończyków, by wzięli udział w wojnie, a nawet by od razu razem z Amerykanami ją zaczęli przez przełamanie pikiety chińskich okrętów wykonujących kwarantannę. Tokio nie będzie chciało w tym uczestniczyć, co przypieczętuje przegraną Stanów Zjednoczonych.
Szybka przegrana Ameryki i stabilizacja nuklearna końca tej wojny spowoduje, że konflikt będzie krótki, ale zapoczątkuje nowy system już bez amerykańskiego prymatu. Dolar pozostanie główną walutą wymiany, ale tylko z powodów operacyjnych, bo też trudno go zastąpić w obrocie z dnia na dzień. Jednak z samego faktu, że dolar jest w obrocie, nie będzie wynikało, że władza pozostaje nadal w rękach Amerykanów.
W traktacie pokojowym dokonana bowiem zostanie rewizja systemu. Amerykański FED nie będzie mógł sobie już poczynać tak swobodnie. Sam kurs dolara zostanie powiązany z czymś zobiektywizowanym, skoro nie będzie już można polegać na percepcji siły wojskowej Stanów Zjednoczonych, która zostanie w wojnie między mocarstwami zakwestionowana. Gdy upadnie wojskowa wiarygodność i ostatecznie z nią system petrodolara, nastąpi spadek wartości dolara, co i tak będzie wymuszone koniecznością zwiększenia konkurencyjności produkcji w Stanach Zjednoczonych w okresie dostosowawczym po prymacie. Amerykanie kupią mniej importowanych towarów, a że sami niewiele będą produkować poza rolnictwem i energią, nastąpi potężny kryzys klasy średniej z racji trudności z zakupem zagranicznych towarów konsumpcyjnych w rozsądnych cenach. Zapanuje ogólne niezadowolenie, w tym recesja w kraju, gdzie pomimo braku realnego bezrobocia notowane są obecnie rekordowe deficyty i zadłużenie. Wraz z recesją dochody fiskalne spadną i deficyt się zwiększy, a tym samym dług się spotęguje. Ameryka wpadnie w przeklęty krąg kryzysu dostosowawczego do nowej sytuacji z ryzykiem dla utrzymania ustroju politycznego w dotychczasowej formie.
Wojna, choć krótka, przyspieszy pojawienie się wynalazków. Poprzedni konflikt światowy dał ludzkości radar, komputery, atomistykę i rakiety, a zimna wojna — internet i półprzewodniki. Obecna wojna systemowa wprowadzi wszelkiego rodzaju drony i robotyzację do domeny wojny; detekcję wszystkiego i wszędzie, w tym okrętów podwodnych w głębinach oceanów; broń hipersoniczną oraz skuteczną broń kierowaną energią (lasery i mikrofale), w tym w kosmosie. Na dobre wprowadzi do wiodących gospodarek czwartą rewolucję przemysłową, czyli aplikowanie sztucznej inteligencji do produkcji, logistyki, medycyny. Dokona się rozwój ultranowoczesnych i wydajnych baterii oraz magazynów energii, co umożliwi powszechną robotyzację, od portów załadunkowych przez fabryki i pola uprawne po restauracje, a także zgranie świata realnego ze światem cyfrowym, w tym autonomiczne auta i systemy transportowe. „Wojna jest ojcem wszechrzeczy”, jak twierdził Heraklit. Nie inaczej będzie teraz. Po niej nastanie nowy świat, w tym świat nowych wynalazków dla cywilnego dnia codziennego.
Powyżej opisana wojna wybuchnie w sytuacji, gdy Europa bez wahania opowie się po stronie Stanów Zjednoczonych, dokonując zerwania powiązań gospodarczych z Chinami. W sytuacji natomiast, gdy będzie się wahać (czyli tak jak postępuje teraz), zniecierpliwieni Amerykanie tym szybciej odejdą w sprawach bezpieczeństwa Europy na offshore balancing. Czyli ich realne zdolności i ambicje wpływania na bezpieczeństwo Europy nie pozwolą im już być mocarstwem europejskim, lecz jedynie z odległości będą kształtować stosowne koalicje i korzystne dla siebie równowagi dla zachowania maksymalnej sprawczości na naszym kontynencie, ale już nie aż takiej, jaką mieli w czasie prymatu. Zostanie to także Europejczykom zakomunikowane, najpierw groźbami relatywizacji artykułu 5 NATO, żądaniem, że „maja płacić za NATO” itd. — wszystko po to, by zmusić ich do podporzadkowania się wielkiej strategii Ameryki, zmierzającej do deglobalizacji, decouplingu i skoordynowania polityki ze Stanami Zjednoczonymi. Ale Europa tego nie zrobi.
Gdy tego nie zrobi, Amerykanie — pomimo wcześniejszego relatywizowania artykułu 5, by ją „zmiękczyć” — zaczną jednak nagle Europę zapewniać, że prymat wciąż istnieje i obowiązu ją amerykańskie rozszerzone gwarancje bezpieczeństwa dla państw Zachodu. Będą mówić, że wciąż potrafią dać gwarancje nuklearne i one powinny wystarczyć, bo są najważniejsze. Ale to będzie już wtedy tylko pusta retoryka i blef nuklearnego odstraszania, bo offshore balancing objawi się de facto w analizie realnych zdolności oraz szybkiej erozji zainteresowania Europą w Stanach Zjednoczonych, a także zwiększonym przebazowaniem i strategiczną atencją na Pacyfik w celu przygotowania się do coraz bardziej prawdopodobnej wojny z Chinami.
W tej fazie trwania wojny systemowej, gdy Amerykanie na dobre zaczną równoważyć Europę z pozycji offshore balancingu, z czasem zaczną szukać metod odsunięcia Rosji od Chin, najpierw łagodząc sankcje wobec niej i wysuwając propozycje koncesji w naszym Międzymorzu, czyli na wschodniej flance przebrzmiałej już wtedy instytucji, jaką stanie się w tym czasie NATO. Stanie się tak pomimo „fasady” wszystkich natowskich instytucji, zaangażowanych ludzi, organizowanych konferencji i obowiązujących oficjalnie narracji. NATO i jego wiarygodność dawały Polsce „geopolityczny oddech”, tu więc pojawią się także poważne zagrożenia dla Polski, ale o nich w drugiej części książki.
O ile taka postawa Ameryki odsuwa — bardziej niż trzymanie się prymatu — ryzyko wojny kinetycznej i daje szansę na pokój w Eurazji, to i tak toczyć się będzie nieustannie rywalizacja technologiczna i gospodarcza z Chinami. Przede wszystkim za rysuje się również zwiększone ryzyko dla Polski i Międzymorza, czyli dla państw wschodniej flanki NATO i dla Ukrainy.
Wówczas pojawi się także więcej pola manewru dla Europy względem Chin, co będzie na rękę Francji, Niemcom i większości państw zachodniej Europy, niechętnych wojnie, deglobalizacji i utracie kontraktu społecznego nadwerężonego już przez odcięcie od rosyjskich surowców i rynków, a teraz zagrożonych wojną finansową i technologiczną z Chinami. Europa, a konkretnie kierownictwo niemiecko-francuskie z swoją ekspozyturą sprawczości w Brukseli, podejmie decyzję o samodzielności strategicznej i utrzymaniu wynegocjowanego modus vivendi z Chinami, a z czasem także z doproszoną do stołu negocjacyjnego Rosją. Warunki zaproszenia dla Rosji będą zależały od wyników trwającej wojny w Międzymorzu i wprost od siły odporności państw naszego regionu wobec presji przemocy rosyjskiej. Polska będzie punktem ciężkości tego testu, bo jest największym i najbogatszym krajem na tym peryferyjnym dla „starej Europy” obszarze. Moim zdaniem, „stara Europa” będzie chciała wybrać scenariusz porozumienia z Chinami, choćby z tego powodu, że — jeśli zostanie dobrze wynegocjowane — da Europie czas rozwojowy w nowej epoce, którego nie dają Amerykanie, zmuszając do posłuszeństwa bez żadnych zachęt i z wątpliwymi gwarancjami bezpieczeństwa wojskowego w sytuacji, gdy Rosja de facto nie stanowi zagrożenia dla „starej Europy” (jest zbyt słaba na takie przedsięwzięcia), a Chiny są za daleko, by takie zagrożenie w jakimkolwiek przewidywalnym czasie sobą przedstawiać. O blefie i przeszacowaniu amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa pisałem wyżej.
Chińczycy będą zainteresowani takim rozwiązaniem, bo nie chcą deglobalizacji ani tego, by Europa pozostawała w ścisłej relacji z USA w trakcie wojny systemowej. Dlatego mogą zgodzić się na daleko idące ustępstwa na jej rzecz. Innym problemem będzie to, co Europa uczyni z darowanym czasem, zważywszy na słabość organizacyjną i polityczną Unii Europejskiej jako całości. Problemem będzie w takiej sytuacji także Polska i kraje naszego regionu, które — zagrożone przez Rosję — będą łatwo instrumentalizowane przez Stany Zjednoczone, jeśli chodzi o wspieranie amerykańskiej polityki nawet w sytuacji amerykańskiego offshore balancingu.
W tej fazie wojny systemowej pojawi się miejsce na polską strategię nuklearną, o ile Amerykanie nam na takową pozwolą, co nie jest wykluczone, choć byłoby ewenementem. Moim zdaniem, jest to właśnie realne w związku z offshore balancingiem i odejściem od amerykańskiej polityki znanej od 1945 roku, i z walką o prymat w Azji z Chinami. Po prostu parametry korzystnej dla Stanów Zjednoczonych równowagi w Eurazji będą inne niż przez wszystkie lata od 1945 roku, gdy Amerykanie bronili systemu przed proliferacją broni jądrowej.
Odejście USA na offshore balancing co do zasady oddala perspektywę wojny kinetycznej z Chinami, chyba że w walce po między dwoma frakcjami żądającymi wyjścia Stanów Zjednoczonych z Europy wygra opcja neoreaganowska, obecnie już mocno zarysowana, której przewodzą takie osoby, jak Mike Pompeo, Peter Navarro, Mike Pence, J.D. Vance, Robert C. O’Brien, Matt Pottinger i wiele innych. Pomimo realnej utraty zdolności do utrzymania prymatu w Europie frakcja ta będzie chciała walki o utrzymanie prymatu w Azji poprzez rozbudowę zdolności ofensywnych i nuklearnych wobec Chin, w tym stacjonowanie broni jądrowej na Tajwanie i przesunięcie całego korpusu piechoty morskiej na Pacyfik, rozbudowę potencjału do blokady morskiej wybrzeża i wielkich portów Chin, a także „twardą” wojnę finansową i technologiczną czy też pełny decoupling. Bez względu na koszty — jak postulują niektórzy z przedstawicieli frakcji neoreaganowskiej.
Gdyby ludzie ci przeprowadzili swoje plany, wtedy, niestety, wojna kinetyczna z Chinami wybuchnie, ale z innego powodu i w innym przebiegu niż w scenariuszu opisywanym wyżej. W tym przypadku może też dojść, niestety, do wymiany nuklearnej, bo sytuacja będzie bardzo niestabilna, jeśli chodzi o równowagę nuklearną w obliczu uruchomionych wielkich przygotowań do wojny, braku zaufania stron, silnego dylematu bezpieczeństwa oraz żywotności interesów chińskich, którym zagrażać będą Amerykanie w sposób demonstracyjnie jawny.
Podejście, które zaprezentował O’Brien w „Foreign Affairs” w 2024 roku, nazywane przeze mnie opcją neoreaganowską, nawiązuje do polityki prezydenta Reagana, który w latach osiemdziesiątych XX wieku wybrał ostry kurs, by wyeliminować Związek Sowiecki, i mu się to udało. Uważam, że to zupełnie inne czasy, a Chiny to nie Związek Sowiecki i to nie jest dobry plan tym razem. Zakłada pełne spektrum demonstracji amerykańskiej determinacji do dominacji wojskowej i utrzymania pryma tu w Azji od samego początku wprowadzania tej strategii. Poza oczywiście twardym odcinaniem Chin od kapitału i technologii oraz współpracy z innymi państwami zakłada stacjonowanie amerykańskich systemów nuklearnych w pierwszym łańcuchu wysp i potężną rozbudowę zdolności konwencjonalnych do nałożenia na Chiny blokady morskiej i wygrania wojny z Chinami, gdyby taka wybuchła. W praktyce oznacza to bazowanie broni nuklearnej na Tajwanie, do czego już zresztą doszło przed détente (w polityce termin ten, z fr. „odprężenie”, odnosi się do czasów zimnej wojny) między Stanami Zjednoczonymi a Chinami w latach siedemdziesiątych XX wieku. Jednocześnie zakłada wojnę finansową i pełen decoupling, co samo w sobie jest nieporównywalne z niczym, co robiono za czasów Reagana ze Związkiem Sowieckim.
W tym duchu Niall Ferguson zadał w roku 2024 pytanie, czy to Stany Zjednoczone nie są obecnie Związkiem Sowieckim, a Chiny Stanami Zjednoczonymi w tej rywalizacji, jeśli chodzi o parametry porównawcze własnych przewag i zdolności, znane z metody net assessmentu, która była praktykowana w Office of Net Assessment w Pentagonie.
Jeśli Amerykanie wybiorą ten kurs, pojawi się gra psycho logiczna na temat stawki ryzyka i determinacji, opisywana prze ze mnie wcześniej, ale teraz — w innym układzie niż tamten. W neoreaganowskim scenariuszu zachodzą niestety asymetrie, których Amerykanie nie będą mogli wystarczająco mitygować, by tylko poprzez zademonstrowaną dominację wojskową i determinację upewnić się, że wojna nie wybuchnie. Mylne może się okazać założenie, że Chiny nie odważą się na wojnę, bojąc się tak mocno przygotowujących się do wojny i blokady wybrzeża chińskiego Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie Amerykanie będą chcieli kształtować zachowania innych państw, by osłabiać sprawczość makroekonomiczną Chin, czyli budowanie centrum grawitacji ekonomicznej wokół Pekinu, i by w ten sposób za trzymać ich dynamiczny rozwój. Wojna finansowa i technologiczna, rozbudowa potencjałów wojskowych przez obie strony przy asymetrii geografii i stawki w grze spowodują wielką nie stabilność tej najważniejszej dla przyszłości świata rozgrywki. To dużo trudniejsza rozgrywka niż z Sowietami w czasie zimnej wojny ze względu na zbyt duże i utrudniające kalkulacje asymetrie, które powodują sporą złożoność psychologicznej rozgrywki. Na marginesie warto zauważyć, że rozgrywka prowadzona będzie z wielkim państwem azjatyckim, z jego koncepcją „utraty twarzy”, które — gdy było silne w swojej długiej historii — znało tylko system trybutarny, czyli taki, że Chiny z racji swojej skali dominują nad pozostałymi automatycznie, a inne państwa w regionie w sposób naturalny uznają to w czynach i gestach. W czasie zimnej wojny zarówno Amerykanie, jak i Sowieci pilnowali, by wojna nie wybuchła, a ich strefy makroekonomiczne, czyli świat Zachodu i RWPG, nie wymieniały się przepływami strategicznymi z wyjątkiem niewielu ściśle koncesjonowanych dziedzin. Sowieci nie byli ważnym elementem globalnej gospodarki, trudno też było mówić o globalizacji gospodarczej. Zatem Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki nie wchodziły sobie gospodarczo w paradę. Gdzieżby Sowieci w ogóle mogli myśleć o zdobyciu przewagi nad Amerykanami w cywilnej produkcji i innowacji. Teraz układ jest zupełnie inny. Nie ma oddzielnych układów makroekonomicznych, Chiny są innowacyjne w cywilnej gospodarce, są w sercu globalnej wymiany towarowej. Pozostanie w niej to żywotny interes Chin, chyba nawet większy niż uniknięcie konfrontacji. Natomiast Waszyngton nie chce już globalizacji towarowej, lecz potrzebuje utrzymania systemu recyklingu dolarowego. Bardzo trudno będzie uniknąć starcia. Kwestią otwartą pozostaje jedynie wybranie momentu i sprzyjających warunków strategicznych, w których może do niego dojść.
Pekin najpewniej będzie chciał pokazać, że nie da się zastraszyć neoreaganowską polityką. Obie strony ruszą do gwałtownych zbrojeń, ćwiczeń i rozbudowy zdolności wojskowych. Chiny będą chciały zademonstrować nieskuteczność amerykańskiej siły i gwarancji bezpieczeństwa, ale inaczej niż w scenariuszu wcześniej omawianym, tajwańskim — tym razem defensywnie, poprzez rozwój własnych zdolności i zbrojenie się, w tym nuklearne. Ale nie podejmą ofensywnych akcji, jak w przypadku wcześniej opisywanym, gdyby Europa stanęła po stronie Ameryki.
W tym scenariuszu początkiem wojny kinetycznej nie okaże się kwarantanna ani blokada morska, ale jakiś początkowo błahy incydent na morzu. Chiny będą starały się jej jednak uniknąć, licząc, że czas gra na ich korzyść, pogłębiając zależności gospodarcze z Europą, Globalnym Południem i całą Eurazją.
O ile wojna wybuchnie z powodu incydentu, to potem, na skutek nagromadzenia napięcia w całym regionie w związku z rozbudową sił zbrojnych i nagromadzenia potężnych rezerw zarówno przez Chiny, jak i Stany Zjednoczone, może się rozlać na cały zachodni Pacyfik, obejmując Morze Południowochińskie, Morze Wschodniochińskie, archipelag Riukiu, wyspy macierzyste Japonii, Guam, Filipiny, a nawet Australię, Wietnam i Koreę, jeśli Amerykanie będą korzystali z baz i instalacji albo terytoriów tych państw, co jest bardzo prawdopodobne. Czym dłużej będzie trwał okres od przyjęcia przez Stany Zjednoczone opcji neoreaganowskiej do wybuchu wojny kinetycznej, tym wojna będzie trwała dłużej i niewykluczona jest ostatecznie także wymiana nuklearna. Opcja neoreaganowska jest najbardziej niebezpieczna spośród wszystkich, jeśli myślimy o ryzyku wybuchu wojny kinetycznej bezpośrednio między wielkimi mocarstwami.
Amerykanie zainwestują tyle kapitału politycznego oraz sił, sprzętu i zapasów w zachodni Pacyfik, odchodząc w tym celu od prymatu w Europie, że nie będą mogli odpuścić nawet w obliczu pierwszych niepowodzeń w wojnie. Trudno będzie też utrzymać lokalizacje konfliktu i nie eskalować wobec miast chińskich i chińskich instalacji w portach i interiorze Chin, zwłaszcza gdy siły rakietowe Państwa Środka będą uderzać ze stanowisk na kontynencie w amerykańskie bazy na Okinawie, na Guamie, w Japonii i na Filipinach. To będzie tragedia dla świata i armagedon dla światowej gospodarki, która dosłownie stanie. Tak jak stanie handlowy ruch morski na zachodnim Pacyfiku, zatrzymają się giełdy i kontrakty, gdy wszyscy będziemy przerażeni tym, co właśnie oglądamy na ekranach monitorów i telewizorów.
Druga rysująca się w elitach amerykańskich frakcja, opowiadająca się za odejściem z Europy na offshore balancing, jest skupiona wokół Elbridge’a Colby’ego i Wessa Mitchella. Warto obserwować, czy ludzie ci będą w którymś momencie pełnili funkcje w nowej amerykańskiej administracji. Colby chce wyjścia Stanów Zjednoczonych z prymatu w Europie, zadowalając się offshore balancingiem, a w Azji — chęcią utrzymania prymatu, ale w formule defensywnej, tak zwanego onshore balancingu, czyli „bronimy pierwszego łańcucha wysp”, ale nie grozimy Chinom blokadą morską ani nie mamy zamiaru atakować Chin kontynentalnych w razie wojny, nie demonstrujemy takich zamiarów. Nie prowokujemy stacjonowaniem sił nuklearnych na Tajwanie, jedynie przez swoją obecność staramy się tworzyć stosowną równowagę w Azji, żeby zachęcać tamtejszych sojuszników do wystawienia własnych zdolności po to, by Chiny nie mogły zdominować ich strategicznie i makroekonomicznie, budując własny obszar grawitacyjny wokół chińskich łańcuchów dostaw i wartości.
Niektórzy zapalczywi idealiści w Polsce nazywają tę opcję izolacjonizmem. Ludzie ci chcą chyba, by Amerykanie rozpoczynali wszystkie wojny świata, bo skoro „chcą, to mogą”, bez liczenia się z konsekwencjami, nie zdając sobie sprawy, że myśląc o pokoju i demokracji, propagują wieczną wojnę. Zapomina ją, że pokój jest sam w sobie wielką wartością, zwłaszcza pokój między wielkimi mocarstwami. W tym scenariuszu wojna kinetyczna może być odroczona o dobre kilka lat, a nawet dłużej, w zależności od przebiegu reform wewnętrznych w Stanach Zjednoczonych, które jednocześnie Amerykanie będą musieli przeprowadzić, korzystając z proponowanego przez Colby’ego nowego ułożenia spraw w Eurazji. Nie należy zapominać, że w amerykańskich elitach brakuje dobrych i realistycznych pomysłów na reformę wewnętrzną. Jedyną nadzieją jest postulowa na rewolucja nowego biznesu technologicznego, o której wspomniałem wcześniej w kontekście konfrontacji kulturowej. Lepiej byłoby się bowiem właśnie skupić na przemyśle przyszłości, eksploracji kosmosu i organizacji pracy jak w SpaceX, zamiast marzyć o pracy w stalowni w Ohio czy hutach w Pensylwanii. Chodzi o skok do przodu, a nie przywracanie starego. Lepiej byłoby raczej przywrócić edukację i szacunek do wykształcenia inżyniera, stworzyć politycznie metodę innej alokacji kapitału, którego jest bardzo dużo w Ameryce, ale tam wszyscy przyzwyczaili się do zarabiania „na krótki termin”. Należałoby postawić na jakość infrastruktury, opanowanie nowej rewolucji przemysłowej z robotyką i sztuczną inteligencją, sprowadzać geniuszy do kraju, zachęcić do innowacji w nowych branżach przyszłości.
Taki scenariusz jest dobry dla świata i daje szansę ucieczki przed wojną kinetyczną, ale jest niebezpieczny dla Polski i Międzymorza, nawet jeśli Polsce wraz z Ukrainą udałoby się zbudować zarówno własny układ wojskowy do odstraszania Rosji, jak i współdziałający system gospodarczy korzystający z owoców amerykańskiej rewolucji nowego biznesu technologicznego, inwestującego w Intermarium dzięki między innymi ukraińskiej taniej energii oraz surowcom przyszłości należącym do tego kraju. Niebezpieczeństwo konfliktu będzie znaczne, jeśli Rosja zachowa siły po wojnie z Ukrainą, a Stany Zjednoczone wyjdą na offshore balancing z Europy i będą chciały odsunąć Rosję od Chin, nawet tylko trochę, zaś „stara Europa” też będzie potrzebowała Rosji dla stabilizacji makroekonomicznej po woj nie na Ukrainie. Europa będzie bowiem stale myślała o nowym otwarciu z Rosją, podobnie jak przed wydarzeniami roku 2022. Podobnie mogą myśleć i Amerykanie; odwrócenie na Rosję jest bowiem możliwe, gdy odejdą na offshore balancing i poluzują reżim sankcyjny na tyle, by Chiny nigdy nie były pewne Rosji i by wepchnąć je w dylemat bezpieczeństwa. Podobnie podziało się w 1940 roku: gdy Hitler przegrał bitwę o Anglię, od razu „zarejestrował” ryzyko obustronnego geopolitycznego oskrzydlenia Niemiec. Z jednej strony miał aliantów zachodnich, a z drugiej dotychczasowego „wspólnika w zbrodni”, stalinowski Związek Sowiecki, który przecież po podpisaniu paktu kontynentalnego w sierpniu 1939 roku był przez dwa lata sojusznikiem Niemiec w rewizji ówczesnego systemu światowego.
Dla nas ta sytuacja to zarazem szansa na zmianę dualizmu na Łabie (słabsza Europa Zachodnia i nowy rozdział podziału marży z nowej fazy kapitalizmu światowego, wejście nowego biznesu USA lub Chin gospodarczo i politycznie do Europy) przy jednoczesnej konieczności (i możliwości) wypychania Rosji z systemu. Pomimo że zachodnia Europa będzie chciała surowców i rynku rosyjskiego i będą toczyły się negocjacje, to nie możemy być „na stole”, ale musimy być „przy stole”. Dlatego musimy mieć nowoczesne i sprawne wojsko oraz system odporności państwa z prawdziwego zdarzenia; musimy mieć państwo, które umie rywalizować z Rosją, również twardo. Wtedy Rosja niczego nie wynegocjuje siłowo naszym kosztem od zachodnich Europejczyków. Dokona się próba przesilenia wobec Polski, by wykazać, że nie umiemy sami zadbać o własne bezpieczeństwo. To sytuacja groźna i musimy sami stanąć na nogach, a zarazem to jedyny scenariusz, w którym Amerykanie mogą nam pomóc w ramach nowego balansowania Europy i Eurazji. W tym wypadku mogą nam też pozwolić uzyskać broń atomową i wypracować zdolność do wojskowej asymetrycznej eskalacji na wschód od Polski, czym się będzie przejawiała „nowa twardość” Polski w stosunkach europejskich.
Zatem plan optymalny dla Europy w wojnie systemowej to: amerykański offshore balancing wobec Europy, brak amerykańskiej wojny kinetycznej z Chinami, wybór przez Stany Zjednoczone opcji proponowanej przez Colby’ego. W przełomowej fazie wojny systemowej celowana i umiarkowana rywalizacja protekcjonistyczna na przepływach strategicznych byłaby wobec Chin dopuszczalna, ale bez pełnej wojny handlowej i technologicznej, w której między zwaśnionymi stronami ustaje komunikacja.
Ostatecznie pojawi się seria traktatów z Chinami, które dadzą Europie czas na rozwój gospodarczy, w tym czwartą rewolucję przemysłową, co będzie wymagać mobilizacji intelektualnej, organizacyjnej i politycznej naszego kontynentu, by sprostać nowoczesności i skonsolidować się politycznie. W tym procesie pojawi się przestrzeń na nowe traktaty ustanawiające nowy porządek w Unii Europejskiej. Będzie zatem okazja na rozstrzygnięcia dające Polsce coś więcej niż półperyferyjne miejsce w kapitalizmie, który podlegać będzie wówczas potężnej renegocjacji.
W obecnym procesie „stara Europa” będzie relatywnie słabła w stosunku do Polski, Chin i Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza gdybyśmy mieli imponujące zdolności wojskowe. Trzeba będzie się z nami liczyć, bo będziemy mogli wyeskalować konflikt z Rosją sami, w ramach asymetrycznej eskalacji albo aktywnej obrony w Międzymorzu, w tym — będziemy posiadali własne zdolności prowadzenia wojny hybrydowej, co nigdy nie da Europie spokoju. To będzie nasza waluta, którą zamienimy na lepsze miejsce w kapitalizmie europejskim i nowej odsłonie globalizacji. Szczegółowo przedstawię tę drogę w części drugiej.
Taka sytuacja w Międzymorzu będzie na rękę Chinom, które zaczną mieć wpływy w naszym regionie. Potrzebna jest więc nowa strategia Rzeczypospolitej wobec Chin w tym zakresie. Nasz horyzont wyznaczy uczestnictwo w europejskiej grze makroekonomicznej na nowej pozycji, po korzystnym dla nas traktacie, ale już strategicznie między Chinami obecnymi w regionie i Ameryką z odległości, próbującymi tworzyć korzystne dla siebie równowagi poza wcześniejszym prymatem, z własnymi polskimi zdolnościami wojskowymi. Płynne balansowanie między tymi siłami pozwoli nam trzymać Rosję w takiej pozycji, by nie przeszkadzała w rozwoju regionu i istnieniu strefy buforowej (państwa bałtyckie, Białoruś, Ukraina) na wschodzie. Wystarczy, że wytworzymy sytuację, w której w nowej epoce będziemy na kapitalizmie zarabiać i korzystać z tego lepiej niż Rosja, i będzie to stan trwały, którego Rosja nie zdoła zmienić. Po jakimś czasie wyeliminuje to zagrożenie rosyjskie wiszące nad Polską od pięciuset lat przy jednoczesnym złamaniu dualizmu na Łabie wskutek zerwania z półperyferyjnością w nowych traktatach. W takiej sytuacji Europa będzie miała pokój i będzie się rozwijała, a my zrealizujemy oba założenia polskiej wielkiej strategii, o których jeszcze opowiem szczegółowo. I to dzięki Europie, wojnie systemowej i Chinom, które wraz ze swoją sprawczością pojawią się ze wszystkich stron Rosji, zmieniając historię północnej Eurazji i nasze równanie geopolityczne — głęboko zapisane w naszej kulturze i sposobie, w jaki rozmawiamy przy rodzinnym stole o sprawach świata i polityce zagranicznej Rzeczypospolitej.
***

Fragmenty pochodzą z książki: J. Bartosiak, Oczy szeroko otwarte Polska strategia na czas wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025.