Polska strategia na czas wojny światowej

Pamiętajmy, że celem naszych działań w obecnej wojnie sy­stemowej jest bezpieczna i rozwijająca się Polska w nowym systemie, który niewątpliwie się ukształtuje, a wszystko inne to jedynie środek do osiągnięcia tego celu. (Jacek Bartosiak)

____________________________________________________________________________________________________________________________________

SUPLEMENT

Prezentujemy dwa rozdziały najnowszej książki Jacka Bartosiaka – Oczy szeroko otwarte. Polska strategia na czas wojny światowej – która ukazała się na przełomie lutego i marca 2025 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego. Bardzo zachęcamy do lektury całej książki, bez wątpienia „otwierającej oczy” na istotę geopolitycznych wyzwań, przed jakimi stoi dzisiaj Polska.

 

WYBUCH

W roku 2018 wybuchła wojna światowa. Jeśli chodzi o konkret­ ną datę jej początku — jeszcze się wspólnie nad tym zastano­wimy. Określenie „wybuchła” też nie jest najbardziej fortunne i precyzyjne, bo może lepiej będzie powiedzieć „rozpoczęła się”. Ponieważ rozpoczęła się wojna systemowa, zmieniająca zasady, na jakich działa świat. Taką wojnę nazywamy wojną systemową właśnie dlatego, że zmienia system, w jakim żyjemy. W toku tej wojny zostaną ustalone nowe reguły. To one decydują o warun­kach wymiany między narodami i o zasadach wszelkiej współ­pracy, czyli w istocie o takim, a nie innym podziale pracy i roz­dziale jej owoców. 

Taka jest natura świata: to duzi, a na pewno bardzo duzi i po­tężni ustalają zasady gry międzynarodowej, a mniejsi muszą za tymi regułami podążać i się dostosowywać. Gorzej, gdy ci po­tężni nie mogą się między sobą porozumieć i zaczynają szukać względem siebie przewag, które pozwolą im wybić się ponad innych. Początkowo dzieje się to niemal niezauważalnie, lecz potem — już z otwartą przyłbicą, i to w licznych dziedzinach, w ramach zazębiających się relacji między państwami, przede wszystkim dotyczących produktywności i bezpieczeństwa. Obie te dziedziny są ze sobą wprost powiązane, o czym także piszę poniżej. 

Gdy wielcy tego świata w sposób jawny nie pozostają zgod­ni co do tego, jak można ze sobą współpracować, wtedy mamy właśnie systemowy konflikt, który dla nas zaczął się na dobre w 2018 roku. Choć, jak wyżej zasugerowałem, w przyszłości będą toczone wielkie historyczne spory o to, czy to na pewno był rok 2018. Może jednak wcześniej, może nieco później. Jeszcze do tego wrócę. 

Główną osią obecnej konfrontacji jest walka Stanów Zjedno­czonych i Chin o to, kto ma przewagę w produktywności i w ryn­kach zbytu oraz wynikającej z tego marży, czyli ostatecznie o to, kto ma w swoim ręku commanding power of capital — jak się mówi w świecie anglosaskim — czyli kto ma władzę nad pie­niądzem i kształtowaniem stosunków kapitałowych w świecie, co niesie za sobą władzę polityczną. 

Reszta świata trzęsie się w posadach, próbując dostosować się do kolejnych odsłon syste­mowej rywalizacji dwóch najważniejszych gospodarek i państw tworzących wokół siebie swoiste pola grawitacyjne oddziałują­ce na innych. Kiedy to starcie się zakończy, wraz z pomrukami temu towarzyszącymi, nastąpi okres pokoju na zasadach zwycięzcy; choć w sumie może to być również koalicja zwycięskich krajów i powołanych przez nie zapewne nowych organizacji mię­dzynarodowych, które będą nadzorowały nowy cykl systemowy (czy cykl hegemoniczny, w którym nastanie nowy hegemon lub grupa hegemoniczna), o czym też opowiem w tej książce. 

Złowrogi bowiem ciąg zjawisk prowadzący do wojny syste­mowej powtarza się nieubłaganie w każdym wieku od mniej więcej pięciuset lat. Mamy zatem wojnę, ustalenie zasad poko­ju kończącego wojnę, następnie błogi okres naiwnej wiary, że właśnie zakończona wojna była już naprawdę ostatnią i „światła ludzkość” nauczyła się unikać kolejnych wojen, tworząc warun­ki do trwałego pokoju. Niestety, podczas tego okresu stopniowo narastają napięcia wskutek różnic w produktywności między organizmami politycznymi. To prowadzi do geopolitycznej nie­równowagi wywołanej nierówną sprawczością (czyli możliwoś­cią obsługi własnych interesów) i w rezultacie jedne państwa mają możliwość dawania lub odbierania bezpieczeństwa innym, w wyniku czego tworzą się nowe międzynarodowe zależności przy coraz bardziej sprzecznych interesach. W ten sposób uzys­kuje się wpływ na szanse rozwojowe rywali, na ich poczucie bezpieczeństwa, a już na pewno na poczucie bezpieczeństwa za­leżnych od nich sojuszników (zwłaszcza tych położonych blisko rywala), a także na generowane przez siebie gospodarcze pole grawitacyjne, w którym naturalnie znajdują się inne, mniejsze państwa, w tym sojusznicze. 

O ile mniejsze państwa takie zmiany akceptują (bo cóż mają zrobić?), o tyle wielkie mocarstwa nie tolerują zmian, zwłasz­cza znacznych, w układzie sił, w którym chodzi o posiadanie sprawczości, i dlatego zawsze wobec tych zmian na różne spo­soby „balansują”, próbując ograniczyć wzrost potęgi konkuren­ta. Cóż dopiero można powiedzieć o napięciu w sytuacji, gdy gwałtowna zmiana dotyczy dotychczasowego bezapelacyjnego globalnego hegemona, któremu wyrasta potężny i potencjalnie dużo większy od starego hegemona konkurent! Wtedy „pułap­ ka Tukidydesa” — fenomen zazdrości zmieszanej ze strachem z powodu nieustannego wzrostu państwa dotychczas słabszego, które nagle ma możliwość coraz bezwzględniejszego obsługiwa­ nia swoich interesów i nieliczenia się z niegdyś silniejszym — objawia się w całej okazałości, prowadząc niemal zawsze do konfliktu. Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie. 

Cykl ten powtarza się dość regularnie, a na dużą skalę na pewno w każdym stuleciu, od kiedy Europejczycy opanowali Atlantyk, a po nim pozostałe morza i oceany, ustanawiając erę dominacji narodów Zachodu, korzystających z dobrodziejstwa swobodnej komunikacji po wodach Oceanu Światowego. Od naj­ bogatszych i wiodących prym Niderlandów — po wojnie trzy­ dziestoletniej — przez Wielką Brytanię — po wojnie siedmio­ letniej i wojnach napoleońskich — po Stany Zjednoczone — po obu strasznych wojnach systemowych w XX wieku. 

Od tego czasu ten, kto kontroluje Atlantyk i Ocean Światowy, kontroluje zasady wymiany towarowej na świecie, z całym gma­chem zależności, które uruchomiła kontrola oceanicznej magi­strali handlu. Ten gmach zależności nazywamy kapitalizmem. 

Upadek Konstantynopola, nauki Marcina Lutra i podróże wychowanków Henryka Żeglarza ze szkoły morskiej w malut­kim Sagres w prowincjonalnej Portugalii wprawiły w ruch „dy­namikę kapitalizmu”. Odtąd kupcy (dziś mówimy: biznesmeni­ przedsiębiorcy) dostali szansę „robienia” pieniędzy i pomna­żania zysków — bez posiadania formalnej władzy państwowej, poszukując coraz większej produktywności, nowych rynków, lepszego zysku i opłacalnego podziału marży. Stary feudalny system podziału pracy, oparty na legalizowanej przez organi­zmy polityczno­gospodarcze rencie, który zależał zawsze i bez wyjątku od stosunków we władzach politycznych, został w Eu­ropie obmywanej wodami Atlantyku zastąpiony przez nowy kapitalistyczny system. Stary system miał oczywiście swoje wady, zapewne znacznie gorsze, ale i kapitalizm, który go zastąpił — również je posiada. 

Kapitalizm, którego początków dopatrywać się możemy w por­tach Genui i Wenecji, tworzył ponadpaństwowe systemy hand­lowe, produkcyjne i finansowe (regionalne, kontynentalne 

i międzykontynentalne łańcuchy dostaw i wartości) oparte na marży. Choć sam nie mógł rozkwitać bez istnienia państwa ro­zumianego w sposób westfalski, w którym każde państwo su­werennie tworzyło własny minisystem wymiany i stosunków władzy, w czym musiał „zmieścić” się kupiec, to jednak przejawy aktywności nowego zjawiska, jakim stał się kapitalizm po zdo­byciu Atlantyku przez Europejczyków, odwróciły wcześniejszą zależność, polegającą na tym, że dawni kupcy epoki przedkapitalistycznej (i ich zyski) zależeli w całości od dobrych stosunków z władzą, czy wręcz od bycia „przy władzy” z jej monopolem na fizyczną przemoc. 

Okazało się, że teraz to państwa potrzebowały (a nawet było to dla nich koniecznością) stworzonych przez kapitalizm syste­mów handlowych i ponadpaństwowych powiązań kapitałowych, produkcyjnych i handlowych, by mogły uczestniczyć w między­narodowej grze o sprawczość i zapewniać sobie tym samym nie tylko rozwój, ale także bezpieczeństwo. Działo się tak dlatego, że skomplikowany gmach zależności wymiany między narodami, który nazywam systemem wymiany, stał się pasem transmisyj­nym dla realnej władzy w świecie i ścierania się konkurujących ze sobą sprawczości. To przede wszystkim na tym polu dokonuje się dzisiaj realne szacowanie potęgi państwa w nowoczesnym znaczeniu. 

Widać to było zwłaszcza w ostatnich osiemdziesięciu la­tach, w trakcie amerykańskiego cyklu hegemonicznego, który — w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii w XIX wieku — mocno akcentował legitymacje systemowe. Amerykanie zarządzali sy­stemem poprzez międzynarodowe regulacje, międzynarodowe ustalenia i nadzorowane przez międzynarodowe organiza­cje ponadpaństwowe systemy wymiany, co stwarzało pozory uniwersalnej legitymacji obowiązującego układu, zupełnie na podobieństwo legitymizacji uniwersalistycznej w średniowieczu dla kanonu chrześcijaństwa, co tworzyło kontynentalną struktu­rę współzależności w chrześcijańskiej Europie, często ponad gło­wami monarchów. Dla odmiany koronie brytyjskiej w XIX wie­ ku wystarczał nadzór nad handlem europejskim dzięki kontroli podejść morskich do Europy oraz utrzymywanie — poprzez machinacje geopolityczne Londynu — stosownej równowagi politycznej na kontynencie. Pomagało w tym także kontrolo­wanie linii komunikacyjnych z rozsianymi po globie zasobami imperium brytyjskiego i ich bezlitosna eksploatacja. 

Franklin Delano Roosevelt, prezydent Stanów Zjednoczo­nych w latach 1933–1945, planując pod koniec drugiej wojny sy­stem światowy, dążył do stworzenia takich warunków, w których wymiana dóbr odbywałaby się z pomocą międzynarodowych organizacji dbających przede wszystkim o interesy twórcy sy­stemu — najpotężniejszego mocarstwa świata, czyli Stanów Zjednoczonych, kapitalistycznego giganta, obsadzającego kie­rownicze role w tych organizacjach. Oczywiście międzynarodo­we instytucje i towarzysząca im liberalna retoryka obsługująca globalny system wymiany mogły być ważne tylko tak długo, jak obsługiwały amerykańskie interesy, zabezpieczając amerykań­ską sprawczość wobec całego systemu i wpływ na inne organi­zmy państwowe w świecie. Świetnie działało to w czasie zimnej wojny, a jeszcze lepiej po 1991 roku. Lecz gdy wszystko to przesta­ło służyć realnym interesom Stanów Zjednoczonych w drugiej dekadzie XXI wieku, prezydent Donald Trump zaczął ów system rozmontowywać. Na dobre rozpoczęło się nieprzestrzeganie zasad, które dotąd obowiązywały, i oficjalne podważanie kom­petencji tych instytucji przez przedstawicieli amerykańskiego rządu. Legitymacja systemowa zaczęła ciążyć Amerykanom i gdy piszę te słowa, kanon „uniwersalistycznych reguł” rządzą­cy relacjami między państwami już nie obowiązuje i to właśnie tym najdobitniej przejawia się nowa epoka wojny prowadzonej o nowy system. 

Dlaczego powyżej opisany cykl się powtarza, w jakimś zło­wieszczym kołowrocie logiki, o tym opowiem za chwilę. […] 

 

PRZEBIEG PRZYSZŁEJ WOJNY

Nowa faza wojny systemowej między USA a Chinami zacznie się od wojny finansowej, która będzie politycznie i gospodarczo dużo bardziej intensywna i destabilizująca dla państw korzysta­jących z globalnego systemu wymiany towarowej niż reżim se­lektywnych sankcji technologicznych, który obowiązuje wobec Chin w 2024 roku. To stanie się dla świata prawdziwym punk­tem przełomowym. 

Poprzedzi go coraz głośniejsze nawoływanie z kręgów przed­stawicieli amerykańskiej myśli strategicznej do stworzenia (pod hasłem „dbania o równowagę handlową, walki z subsydiowaniem i nieuczciwymi praktykami oraz promowania war­tości w stosunkach handlowych”) bloków gospodarczo-­sojuszni­czych wokół Stanów Zjednoczonych. Naturalnie — bez udziału Chin. W praktyce będzie to nakłanianie do decouplingu i ota­czania Chin specjalnym „kordonem”, który niczym gorset „zdusi” chińskie moce produkcyjne oraz relacje handlowe i tym samym zatrzyma wzrost produktywności Państwa Środka, możliwość akumulacji kapitału i rozwoju. Nawoływania te nie przyniosą żadnych wymiernych i pożądanych przez Waszyngton skutków: Europa nie podąży zdecydowanie za Stanami Zjednoczonymi w swojej polityce gospodarczej, tym bardziej nie zrobi tego Glo­balne Południe, ogromnie zyskujące na obecnej wojnie syste­mowej oraz na chińskiej produkcji (w tym dóbr kapitałowych) kierowanej w końcu także poza Zachód. Państwa ASEAN, które stanowią punkt ciężkości rozwoju gospodarki światowej i przy­rostu nowej, konsumującej najwięcej klasy średniej, będą coraz bardziej stanowczo mówić Amerykanom, by ci przestali zmu­szać ich do wyboru. 

Kierownictwo chińskie, podobnie jak niemieckie latem 1936 roku, będzie się już spodziewało tylko najgorszego, przy­gotowując się do jeszcze ściślejszego reżimu sankcyjnego, od­cinania od surowców i technologii, a nawet blokady morskiej wybrzeża Chin lub odległej blokady ruchu morskiego frachtu w cieśninie Malakka, którędy idzie gros chińskiego cargo do Europy, na Bliski Wschód i do Afryki. Przy okazji nie będzie się Pekinowi podobało, że państwa azjatyckie, tradycyjnie pozosta­jące w swojej kulturze politycznej zbyt „grzecznymi”, jeśli cho­dzi o stosunki międzynarodowe, będą za mało stanowczo znie­chęcały Amerykanów do agresywnych działań wobec Pekinu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy bogacą się i rozwijają na współpracy z Chinami, a Chiny starają się je zadowalać. Tu pojawią się na­pięcia, które Amerykanie będą chcieli rozgrywać na swoją rzecz, zwłaszcza w przekazie medialnym, wskazując na Chiny jako na agresywnego rewizjonistę systemu, który robi się coraz bar­dziej „nieobliczalny” w swoim zachowaniu. Jednocześnie będą eskalowali i deeskalowali napięcie w regionie, by spowodować zachowanie Chin, które będzie się wpisywało w narrację o „nie­ obliczalnych Chińczykach”. To jest tak zwany brinkmanship. W tym celu Amerykanie będą wspierać Filipiny i Tajwan w roz­lokowaniu amerykańskich systemów rakietowych na spornych wyspach na Morzu Południowochińskim, by podnosić Chiń­czykom stawkę ryzyka i przedstawiać ich jako rewizjonistów systemu międzynarodowego, na którym „wszyscy zarabiamy w pokoju”. 

Wojna finansowa, rozpoczęta przez Amerykanów, będzie dotyczyć w pierwszym rzędzie dostępu do kapitału oraz dostę­pu do międzynarodowego systemu wymiany towarowej. Dla­ tego zniecierpliwieni niską skutecznością sankcji gospodarczo­ handlowych i technologicznych wymierzonych w Chiny oraz niemrawą postawą niedoszłych sojuszników decydenci w Waszyngtonie sięgną po broń finansową, uważając, że to oni kon­trolują zasady ruchu mobilnego kapitału w świecie. Będą myśleć, że jest to ich Wunderwaffe w wojnie systemowej. Do tego też po­wierzchownie będą oceniać słabe strony rynku kapitałowego i finansów Chin, patrząc przez swoje „okulary poznawcze”, zwłaszcza jeśli chodzi o marżowość sektorów i branż. Stąd nie­ustannie wszem wobec będą ogłaszać, że Chiny „już się kończą”. Wydaje się tymczasem, że Chińczycy mają „nieczytelne” dla przyzwyczajonych do amerykańskiego systemu ekonomicz­nego nierównowagi finansowe. Takie niezrozumienie innego rodzaju kapitalizmu niż amerykański umocni przekonanie elit amerykańskich, że mogą uderzyć bronią finansową, bo Chiny są zwyczajnie słabe i wojnę finansową muszą sromotnie przegrać. 

Pamiętajmy, że wojny wybuchają wskutek złego rozeznania układu sił, a trwają dłużej, niż planowano, bo przeszacowano siłę własną w relacji do przeciwnika, który okazał się silniejszy i odporniejszy, niż zakładano. 

Na początek, pod pretekstem specjalnej ustawy przyjętej w Kongresie, Amerykanie doprowadzą więc do sytuacji, w któ­rej poczują się zwolnieni z obowiązku zapłaty długu, który mają wobec Chin z tytułu wypłaty odsetek z obligacji i wszystkich innych tytułów. Do tego zaraz potem dojdzie ustawodawstwo zakazujące dostępu chińskich podmiotów do inwestowania i po­bierania dywidendy z aktywów amerykańskich oraz korzystania z kapitału kontrolowanego przez instytucje mające swoje źród­ło w Bretton Woods i recyklingowanego przez system finanso­wy kontrolowany przez Amerykanów i banki amerykańskiego systemu. 

Niedługo potem pojawi się presja — najpierw na firmy amerykańskie, a potem także na firmy z krajów sojuszniczych Stanów Zjednoczonych, zależnych od Waszyngtonu w zakresie bezpieczeństwa, by te zrezygnowały z akcjonariatu chińskiego i chińskiego finansowania własnych inwestycji: od nowoczes­ nych fabryk samochodów po linie technologiczne akumulato­rów, zielonej energii, maszynerii przemysłowej i innych. Potem dojdzie zakaz handlu z Chinami dla amerykańskich sojuszników i zakaz obrotu dla sojuszników Ameryki poza systemem dola­rowym pod rygorem nałożenia sankcji na rządy, firmy i biznes­menów. Wreszcie nadejdzie bezpośrednie wywłaszczenie pań­stwa chińskiego i chińskiego biznesu z aktywów amerykańskich. Stosowny powód się znajdzie. 

Krokiem następnym będzie próba, początkowo nieudana, zakazania korzystania przez firmy i rządy z recyklingu swoich pieniędzy w amerykańskim systemie finansowym, jeśli używają nowoczesnych technologii chińskich. Ten ruch będzie miał na celu złamanie rozkwitu globalnego chińskiego łańcucha do­ staw i wartości w Europie, Ameryce Południowej i Łacińskiej oraz w ASEAN. 

Akcja taka wymierzona będzie na pewno w naszą Europę i europejskie firmy, które zostaną postawione przed dylematem rozwojowym: Stany Zjednoczone i deglobalizacja albo Chiny, Eurazja, Globalne Południe i dalsza globalizacja, ale już pod pre­sją sankcyjną Amerykanów, którzy będą temu przeciwni, wal­cząc o utrzymanie s w o j e g o prymatu. Presja sankcyjna będzie mniej lub bardziej skuteczna, a na pewno średnio szczelna — jak dowiodły ostatnie lata amerykańskiej polityki sankcyjnej wo­bec Rosji. 

Wybór geopolitycznej orientacji na Stany Zjednoczone oznaczać będzie dla Europy nie tylko deglobalizację, utratę inwestycji w Chinach i chińskiego rynku (owszem — z jednoczes­ną ochroną własnego rynku przed naporem produkcji chińskiej), ale także pogłębioną zależność od Waszyngtonu. I to w sytuacji, gdy Amerykanie będą subwencjonować własny przemysł i inno­wacje, co będzie deindustrializować Europę, odcedzać z niej no­woczesne technologie i pozbawiać kapitału inwestycyjnego oraz kapitału ludzkiego i talentu, przede wszystkim ze względu na nie­równy dostęp do taniego kapitału pomiędzy Ameryką a Europą. 

Wraz z wojną finansową zapanuje gospodarczy chaos, bo Amerykanie chyba nie rozumieją konsekwencji faktu, że wsku­tek wojny na Ukrainie i wprowadzonego reżimu sankcyjnego handel w Eurazji w ważnej jego części i tak dokonuje się poza dolarem. To tylko wzmocni napięcie między konsolidującym się gospodarczo obszarem eurazjatyckiego kontynentu a Oceanem Światowym, który Amerykanie będą starali się zgromadzić pod swoją flagą: od Australii i Japonii po Wielką Brytanię i rimland Eurazji, zwłaszcza europejski. 

Odcięcie Chin od dolara, zabór ich wierzytelności oraz dalsze sankcje technologiczne doprowadzą, rzecz jasna, do gi­gantycznego międzynarodowego kryzysu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, popartego manewrami wojskowymi wokół Tajwanu i Morza Południowochińskiego. Albowiem za­ równo Ameryka, jak i Chiny będą się starały wykazać całemu przyglądającemu się światu, że to wokół nich grawitują decyzje innych państw. A konkretnie — wokół ich potęgi, z którą można związać swoją przyszłość, wybierając silniejszego, który starcie systemowe wygra i narzuci swoją sprawczość nowemu systemo­wi. Amerykanie będą wtedy zapewniali świat, że mogą zabloko­wać sprawczość makroekonomiczną Chin przy użyciu środków przemocy bezpośredniej, czyli ustanowić blokadę morską Chin. Jednocześnie Chiny mogą zakwestionować percepcję amerykań­skiej kontroli systemu wymiany globalnej poprzez ustanowienie kwarantanny morsko-­powietrznej wokół Tajwanu i demonstra­cję możliwości zniszczenia amerykańskiej floty i sił powietrz­nych na zachodnim Pacyfiku w stopniu wystarczającym i — jak mogą uważać zwolennicy ostrzejszego kursu w Pekinie — znie­chęcającym Amerykanów do kinetycznej wojny. To może przy­pominać zachowanie Niemiec po 1936 roku, gdy w przekonaniu, że działają strategicznie defensywnie, w obawie o reżim sankcyj­ny — jako rewizjonista systemu wersalskiego — kierownictwo niemieckie ryzykownie przesilało kolejne kryzysy międzyna­rodowe. Od Nadrenii przez Anschluss Austrii i rozbiór Czecho­słowacji — wciąż zapewne uważali, że jedynie zabezpieczają się przed akcją sankcyjną mocarstw wersalskich, przy okazji uzy­skując (w swojej ocenie) potwierdzenie słabości i braku determi­nacji Francji i Anglii do obrony systemu. W głowach Niemców, którzy czuli się potencjalnie „okrążani”, jak przed pierwszą woj­ną światową, spirala dylematu bezpieczeństwa się nakręcała. I tą obawą uzasadniali podpisanie paktu kontynentalnego ze Stali­nem latem 1939 roku. Jak widać, subiektywna psychologia we­wnątrz zjawiska dylematu bezpieczeństwa ma potężne oddzia­ływanie i musi być brana pod uwagę przy budowaniu strategii. 

W tym duchu Pekin może przyjąć następującą strategicz­ną kalkulację: system dolarowy staje się niewiarygodny dla reszty świata, a Amerykanie jawnie używają mechanizmów istniejącego systemu jako broni geopolitycznej, nie wypłacając odsetek Chinom oraz wywłaszczając zagraniczne podmioty, łamiąc przy tym międzynarodowe prawo i ustalone obyczaje. Co więc stoi na przeszkodzie, by kolejne kraje stały się następ­nymi ofiarami poddanymi takiemu działaniu Stanów Zjedno­czonych — od Arabii Saudyjskiej po Francję i Brazylię? Kraje te mogą myśleć, że z byle politycznego powodu, markującego niechęć pogrążonych w długu Amerykanów do spłacania zo­bowiązań, zostaną pozbawione majątku, na który pracowały ich społeczeństwa i firmy. Właśnie z tego powodu Pekin będzie chciał swoimi wojskowymi demonstracjami wykazać, że amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa w rimlandzie Eurazji, na których opiera się cały system prymatu, są nic niewarte, skoro Chiny mogą odciąć komunikację morską i powietrzną na Tajwan i w pełni kontrolować główną magistralę handlu światowego, jaką jest obecnie Morze Południowochińskie. 

Gdy okaże się, że wiarygodności nie ma, a więc sojusznicy amerykańscy położeni blisko Chin muszą tym samym podlegać ich sprawczości makroekonomicznej, to ci sami sojusznicy mogą mieć mniejszą ochotę na recykling własnej marży w amerykań­skich aktywach, które i tak są obciążone „dyskusyjną” rentą z racji prymatu Stanów Zjednoczonych. A dodatkowe pomysły dociążenia renty z tytułu prymatu, o których pisałem wcześniej, będą się pojawiać jak przysłowiowe grzyby po deszczu, co tym bardziej może zniechęcać te kraje. 

W pewnym momencie Amerykanie wprowadzą także ustawodawstwo nakazujące płacić dodatkowe podatki w razie recyklingu marży zarobionej w Eurazji i inwestowanej w Ameryce. Własność (nie zakup, ale utrzymywanie własności) amerykań­skich aktywów przez zagraniczne podmioty będzie bardzo wy­soko opodatkowana (co ma zniechęcać do trzymania własności takich aktywów) albo nawet zaledwie tymczasowa (są takie gło­sy), co w sensie ekonomicznym prawie na to samo wychodzi. Takie pomysły pojawiają się kręgach strategicznych Ameryki, bo — jak mówią niektórzy ludzie wokół prezydenta Trumpa — nie można na dłuższą metę sprzedawać własnego majątku, by móc konsumować na kredyt... Konsumpcja ta, dodajmy, jest pro­dukowana głównie przez geopolitycznego rywala, czyli Chiny, na niej ten rywal zarabia, a następnie pożycza Ameryce zaro­bione pieniądze, by ta mogła konsumować i wydawać więcej, niż zarabia! 

W Waszyngtonie zdaje się panować specyficzny schemat myślowy. Podzielają go zapewne neoreaganiści, ale i wielu in­nych. Wydają się myśleć następująco: skoro świat chce inwe­stować swoje nadwyżki w aktywa Stanów Zjednoczonych, to uważa te aktywa za cenne. Skoro system amerykański wciąż jest wiarygodny i wygodny dla inwestora, historycznie uchodząc za bezpieczną przystań dla inwestowania marży z całego świata (niezawisłe sądy, duży rynek zbytu, dojrzałość rynku i doradz­twa kapitałowego itp.), to świat powinien nam płacić za utrzymanie własności amerykańskich aktywów, ale jedynie po to, by ostatecznie nigdy nie stać się ich właścicielem... Tak zdaje się to wyglądać i przyjdzie nam się przyzwyczaić do świata pełne­ go tego rodzaju pomysłów, które nie pasowały do ery otwartej globalizacji. 

Swoją drogą zdumiewające jest przekonanie amerykańskich elit, że robią tyle dobra dla świata, że świat powinien im dodat­kowo płacić za możliwość pożyczania swoich pieniędzy — zarobionych na swoich surowcach, swojej pracy, organizacji i pomy­słowości. W ten sposób pożyczają de facto samym Amerykanom, i to na potrzeby ich nadmiernej konsumpcji, by utrzymać spokój społeczny. Dodajmy, na zbytki, na które Amerykanie nie są w stanie sami zarobić, bo wydają więcej, niż generują do­chodu. Dodatkowo, kontrolując emisję i kurs globalnego dolara oraz odcinając od systemu wrogów takich jak Chiny, Rosja i inni, mogą tak naprawdę nie płacić odsetek od pożyczonych środków. Zgodnie z tym rozumowaniem mogą się nawet przyzwyczaić i uznać za słuszne to, że nie muszą oddawać swojego majątku w zamian za dostęp do tych środków! Renta feudalna, wynikają­ca ze światowego prymatu, to stanowczo zbyt mało powiedziane na określenie tego schematu. 

Od moralnego oburzenia ważniejsza jest tu jednak konstata­cja, że ten schemat myślenia doprowadzi świat do wojny, bo nie pozostawia nadziei na dogadanie się. Prymat musi się ostać, by Ameryka nie upadła, by nie zbankrutowała i by pokaźna grupa ludzi na wschodnim i zachodnim wybrzeżu USA, żyjąca z pry­matu, dalej mogła w tym schemacie zarabiać krocie. Ten sche­mat myślenia i działania daje ponadto poczucie ogromnej wła­dzy nad sprawami świata, bo daje poczucie władzy nad emisją, dostępnością i wartością światowego pieniądza, którego „każ­dy” potrzebuje. To będzie moim zdaniem bardzo istotny czyn­nik w kalkulacji amerykańskich elit, wskazujący na agresywną eskalację wojny systemowej. 

Kluczowym pytaniem, które wojna systemowa rozstrzyg­nie, jest zatem: czy — gdy przychodzi co do czego — prawdziwa władza wynika z kontroli podaży pieniądza, czy z innych czyn­ników? 

Zobaczymy. To też jest wielkie filozoficzne i w istocie etyczne zagadnienie, dotyczące organizacji pracy ludzkiej na skalę globalną, żeby nie powiedzieć wzniośle — planetarną. 

Wtedy wraz z amerykańskim uderzeniem finansowym przekroczony zostanie Rubikon. Świat wskutek takiej praktyki będzie szukał jakiegoś sposobu, by inwestować marżę gdzie in­dziej. Im bardziej będzie chciał to robić, szukając lokacji swojego kapitału poza Stanami Zjednoczonymi, tym bardziej Ameryka­ nie będą tego zabraniali, działając w myśl schematu, że w razie wojny finansowej z Chinami i wprowadzenia powyższych dra­końskich metod (które w przypadku innego kraju skutkowałyby ucieczką kapitału i utratą wiarygodności) kapitał zagraniczny i tak nie będzie miał gdzie pójść. „Trochę się obrazi” na nowe zasady poboru renty z prymatu, potem „pomarudzi”, a ostatecz­nie „grzecznie wróci” do Stanów Zjednoczonych i będzie płacił „frycowe”, godząc się akceptować kursowe kaprysy drukarki FED. No bo gdzie miałby pójść? Do Chin, z ich brakiem państwa pra­wa i nieuczciwymi sądami? Do skorumpowanej Rosji? Do coraz bardziej nieatrakcyjnej inwestycyjnie i starzejącej się Europy, za­leżnej — jak uważają Amerykanie — w zakresie bezpieczeństwa od USA (czyli amerykańskiego wasala strategicznego)? „Wolne żarty” — zdają się myśleć amerykańscy stratedzy, namawiający do ostrej konfrontacji z Chinami, reprezentujący neoreaganow­ską frakcję w waszyngtońskich elitach. 

To nie koniec drogi prowadzącej do śmierci obecnego mode­lu globalnej wymiany i w rezultacie do wielu lat geopolitycznego chaosu. W myśl politycznie nośnego hasła ponownej industrializacji Stanów Zjednoczonych pojawią się ustawy dotyczące na­łożenia taryfy celnej na produkcję chińską (nie tylko na chińską zresztą) — nawet powyżej sześćdziesięciu procent, co miałoby przekonać biznes w USA do powrotu do realnej produkcji. Ale zanim amerykański biznes będzie w stanie znów produkować dobra o dobrej jakości i w dobrej cenie, najpierw będzie musiał kupić od Chin, Niemiec czy Japonii maszyny i inne dobra kapita­łowe, ponieważ same Chiny odpowiadają za trzydzieści procent całościowej produkcji przemysłowej na świecie, a Amerykanie maszyn przemysłowych już w zasadzie nie produkują. Zatem na początku będzie je musiał kupić za granicą, w tym w Chinach, ponieważ w wielu sektorach Chiny produkują najlepiej lub są jedyne. Od turbin po akumulatory, od fabrycznych robotów po wielkie dźwigi portowe. 

Prawdopodobnie wraz z politycznym pędem ku amerykań­skiej reindustrializacji i apetytami na powrót widoku szczęśli­wych robotników idących rano do fabryk w Ohio i Pensylwanii zostanie opodatkowana praca pochodząca z Eurazji. Towary wchodzące na amerykański rynek zza oceanu będą obciążone wyrównawczymi podatkami od różnicy kosztów pracy po to, by wyrównać konkurencyjność poprzez zrównanie do poziomu kosztów pracownika amerykańskiego. To oczywiście dodatkowo uderzy w globalizację, bo ostatnie trzydzieści lat rozwoju gospo­darki światowej było właśnie „swoistą optymalizacją kosztów pracy” wskutek wielkich różnic w zarobkach pracowników mię­dzy kontynentami i odległymi od siebie regionami. 

Innymi słowy, z wielu powodów, takich jak brak własnej produkcji maszyn i brak wykwalifikowanego personelu, Ame­rykanie, by uwolnić się od relacji z Chinami, musieliby jeszcze bardziej uzależnić się od Chin na pewien czas. I to raczej dłuższy, bo niezbędny do odtworzenia własnych mocy produkcji maszyn, wyszkolenia kompetencji kadr i nauki używania narzędzi (służą­cych do realnego wytwarzania dóbr wewnątrz kraju). 

To dość toksyczna, trudna psychologicznie i wymagająca niesłychanego kunsztu strategicznego od elit amerykańskich sytuacja. To kwestia pozostawania w przekonaniu o dominacyj­nej kontroli systemu finansowego świata i dominacji wojskowej nad Chinami, a jednocześnie nieprodukowania nawet maszyn służących do zwiększenia własnej produktywności. I to w warunkach, gdy właśnie produktywność decyduje o losie klasy średniej, która z kolei decyduje o kształcie i stabilności systemu politycznego Stanów Zjednoczonych. Oba mocarstwa dokładnie z tego powodu mogą się rozmijać we wzajemnej percepcji swoje­go znaczenia wobec znaczenia rywala, swoich mocnych i słabych stron w tej rywalizacji. To prawdziwa kwadratura koła obecnej wojny systemowej. Bardzo niebezpieczna sytuacja. 

Elity obu mocarstw naturalnie będą starały się wygrać bez doprowadzenia do wojny kinetycznej. Wojna kinetyczna, a kon­kretnie jej wybuch, świadczy o niekompetencji geopolitycznej elit państw rywalizujących. Umiejętne zaś zarządzanie dynamicznie powstającymi nierównowagami potencjałów, w róż­nych domenach rywalizacji, oraz nieuchronnymi w tym pro­cesie sprzecznościami interesów między mocarstwami — bez doprowadzenia do wybuchu kinetycznej wojny — to właśnie prawdziwy popis geopolitycznej kompetencji. 

Obserwując rozwój wypadków, pozostałe kraje świata będą podejmować decyzje o swojej orientacji geopolitycznej zgodnie z własnymi interesami i nadzieją zabezpieczenia sobie jak najlepszej przyszłości, w tym — patrząc na geopolityczny kunszt obu największych mocarstw. Na pewno w obecnej wojnie sy­stemowej nie będą się kierować kwestiami ideologicznymi, jak wielu w Polsce się wydaje. Nie inaczej było podczas pierwszej i drugiej wojny światowej i warto o tym pamiętać. 

Chciałbym wyraźnie podkreślić, że to Europa (i jej decyzja) stanowi kluczowy element rozgrywki, od którego zależeć będzie przyszłość świata. Pomimo że nawet jako zjednoczona całość (a nie jest politycznie jednością, w tym oczywiście w sprawach  bezpieczeństwa) byłaby teraz słabsza zarówno od Ameryki, jak i Chin. W zależności bowiem od zachowania się Europy w re­akcji na wojnę finansową i opisane powyżej działania Amery­kanie podejmą decyzję co do sposobu utrzymania światowego prymatu. Jeśli Europa swoimi czynami dowiedzie, że wybiera Stany Zjednoczone i odcina się od współpracy z Chinami, koń­cząc w ten sposób obecną globalizację na dobre, wówczas wojna kinetyczna będzie pewna, zwłaszcza jeśli nie dojdzie do reform niewydolnego systemu gospodarczego w Ameryce i nastąpi pogłębienie się jej długu. Gdy Europa opowie się za Ameryką i decouplingiem, Amerykanie poczują się bardzo pewnie, jeśli chodzi o swoją sprawczość w odniesieniu do światowego syste­mu, i mogą uważać, że wolno im robić z Chinami, co chcą, nawet jeśli to będzie tylko niebezpieczna iluzja. 

Wybuch wojny w takim wypadku będzie wynikiem próby zakwestionowania przez Chiny amerykańskiej sprawczości w sy­stemie globalnej wymiany. Gwałtowne narzucanie deglobalizacji reszcie świata, od handlu z którą zależne są Chiny (choć od handlu z Ameryką Chiny w 2024 roku zależne już nie są), musi spowodować ostrą reakcję Pekinu. Zwłaszcza że niszcząc obowiązujące do niedawna zasady systemu globalnej wymiany towarowej, Waszyngton podeptałby też interesy wielkiej rzeszy państw połączonej globalnymi powiązaniami gospodarczymi z Chinami. 

Pekin będzie bardzo zdziwiony (i zawiedziony) zwłaszcza decyzją Europy. Będzie sądził, że decyzja została podjęta wbrew interesowi Europy; Europa dostanie więc od niego kilka szans na refleksję i próbę porozumienia. Będzie to też oczywiście w jego interesie. Europa poza systemem amerykańskiej zależności strategicznej i trwająca w systemie globalizacji sprzyja ambi­cjom Chin. Warto zwrócić uwagę, że podobnie mógł rozumować Hitler na temat decyzji geostrategicznej Polski (gdy odmówiła koordynacji swojej polityki z Niemcami) w latach 1938–1939 i podobnie uważali Rosjanie przed wojną z Ukrainą na temat rozkładu interesów i oczekiwanych decyzji głównych państw Europy, które miały rozstrzygnąć o orientacji geostrategicznej Europy. Decyzję tę Europa podejmowała w obliczu inwazji rosyj­skiej i wybrała, acz niezbyt ochoczo, orientację atlantycką (po­ mimo wielu wahań Niemiec i Francji). Europa zrobiła to, choć układ strukturalny przemawiał za wyborem dogadywania się z Rosją z jednoczesnym podeptaniem interesów rozwojowych państw naszego Międzymorza i perspektywą zaproszenia Rosji przez państwa „starej” Europy do nowego układu w Eurazji, co miało wzmocnić Europę w obliczu rosnącej potęgi Chin, dając jej niezależność strategiczną i mocne zakotwiczenie surowcowe i makroekonomiczne na nowe czasy. 

Pekin może myśleć, że w obliczu niekorzystnej dla niego de­cyzji Europy musi szybko pokazać, jak bardzo w rzeczywistości rozdzielne są interesy Waszyngtonu i innych państw, w tym europejskich. Zrobi to poprzez ograniczone i w pierwotnym założe­ niu kontrolowane zakwestionowanie amerykańskiej dominacji wojskowej, co podważy wiarygodność amerykańskich gwarancji dla całego systemu zależności, które utrzymują pozycję Stanów Zjednoczonych i ich prymat. To właśnie te gwarancje, bo prze­cież nie uwarunkowania makroekonomiczne, spowodowały w latach 2022–2024, że Europa wybrała opcję atlantycką w star­ciu z Rosją pomimo wielkiej ceny gospodarczej, jaką zapłaciły za to choćby Niemcy. 

W roku 2025 natomiast jak najbardziej zasadne pozostaje pytanie, które powinni zadawać sobie politycy w europejskich stolicach: czy amerykańskie rozszerzone gwarancje nuklear­ne wobec Europy nie są już tylko blefem ze względu przede wszystkim na zróżnicowanie stawki ryzyka między Stanami Zjednoczonymi a Europą, a co za tym idzie — brakiem determi­nacji do użycia przez Amerykanów broni atomowej w obronie Europy, gdyby przyszło im ryzykować zniszczenie Waszyngtonu za sprawy w istocie europejskie? Oraz czy amerykańskie konwencjonalne gwarancje bezpieczeństwa nie są przeszacowane i tracą w ten sposób wiarygodność, tym samym wytrącając Ame­rykanom sprawczość polityczną na Starym Kontynencie? 

Właśnie dlatego, podejmując stopniową rywalizację wojsko­wą na zachodnim Pacyfiku, która będzie się wydawała „kontrolowalna” w ramach „skalowalności” rywalizacji, Pekin może mieć nadzieję, że kraje krzywdzone przez amerykańską wojnę finansową i technologiczną prowadzoną wobec Chin nie staną do ostatecznej rozgrywki po stronie USA, że brak wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa je do tego zniechęci. W zamian wybio­rą rozwój, pokój i dalszą globalizację, w tym stosunki handlowe i wszelkie inne z Chinami. Wystarczy im to jedynie stopniowo wykazać, bez raptownych akcji, dokonując erozji wiarygodności Ameryki jako dawcy bezpieczeństwa. 

Chiny zrobią to poprzez prowokację „selektywnej morsko­ ­powietrznej kwarantanny” wobec Tajwanu, wskutek czego wybuchnie wojna ze Stanami Zjednoczonymi, miejmy nadzie­ję, że krótka. Oby ta wojna toczyła się bez udziału Europy, na co jest spora szansa. Przede wszystkim ze względu na zależ­ność Europy od handlu z Chinami i brak realnych europejskich zdolności wojskowych na Pacyfiku. Pekin postara się, by w takiej wojnie nie brała udziału Japonia, w zamian za co obieca oszczę­dzić japońskie wyspy i nie atakować japońskiej infrastruktury, która mogłaby służyć Amerykanom w wojnie przeciw Chinom. 

W takiej sytuacji Rosja rozpocznie działania wobec wschod­niej flanki NATO, co najmniej hybrydowe; możliwa jest też woj­na z Polską i krajami bałtyckimi, a obszarem wojennym będzie także terytorium Białorusi. Czy to będzie wojna hybrydowa, czy tradycyjna, rozstrzygnie się w zależności od odporności atako­wanych krajów, siły wojskowej Ukrainy w tym konkretnym momencie, tego, kto będzie rządził w Kijowie, oraz od przebiegu wojny na Pacyfiku. Celem Rosji będzie uzyskanie dobrej pozycji do negocjacji z Europą i Chinami co do miejsca Rosji w nowej epoce, która nastanie po trwającej wojnie systemowej. 

Wybuch wojny będzie skutkiem selektywnej blokady Taj­wanu, która sprowadzi się do tego, że Chińczycy zabronią pły­wać na wyspę amerykańskim okrętom i przylatywać do Tajpej amerykańskim samolotom. W praktyce oznaczać to będzie, że wszystko, co Tajwan będzie dostawał, będzie pochodziło z kon­tynentalnych Chin. Chyba że z powodu dzielenia solidarności amerykańskich sojuszników i lojalności wobec Stanów Zjedno­czonych Chiny pozwolą na ruch morski i powietrzny na Tajwan innym państwom, oczywiście z wyjątkiem Ameryki. Tymcza­sem Amerykanie, upewnieni swoim prymatem (szczególnie gdy Europa opowie się za decouplingiem), będą tę kwarantannę przełamywać, zwłaszcza jeśli jeszcze przed jej ustanowieniem wyślą wojska i siły powietrzne na Tajwan, na co się będzie dłu­go zanosiło i co obecnie doradzają „jastrzębie” w Waszyngtonie, czyli liczni nad Potomakiem zwolennicy konfrontacyjnego kur­su wobec Pekinu. 

Miejmy nadzieję, że wojna ta będzie krótka i ograniczona, jak wojna rosyjsko­-japońska z lat 1904–1905 albo amerykańsko­-hiszpańska z 1898 roku. Jest na to szansa w tym scenariuszu. Amerykanie będą mieli oczywiście poważny dylemat, co począć z eskalacją horyzontalną, czyli rozlaniem się wojny na kraje i akweny sąsiednie. Czy objęty wojną ma być tylko Tajwan i wody wokół tej wyspy, czy też także całe Morze Południowochińskie i instalacje na tym morzu? A może cele w Chinach kontynental­nych, w tym wielkie porty morskie? Zwłaszcza że za skuteczność kwarantanny będą odpowiadać chińskie systemy ogniowe, na­ prowadzania i komunikacji zlokalizowane na kontynencie, więc one będą punktem ciężkości wojny, który USA winny wyelimi­nować. To będzie bardzo trudne, do tego skuteczność uderzeń nie będzie gwarantowała złamania kwarantanny, na pewno nie­ możliwe to będzie na początku wojny. To oznacza, że Chiny będą miały nad Stanami Zjednoczonymi przewagę eskalacyjną i walor inicjatywy operacyjnej, w tym w wymiarze politycznym. To USA będą musiały zacząć wojnę kinetyczną, tak to będzie wyglądało. Czy w wypadku ataku na systemy w Xiamen, Szanghaju i w głę­bi Chin Pekin uderzy w Japonię i bazy na archipelagu Riukiu oraz na Guamie i Filipinach, skąd Amerykanie mogą wykony­wać uderzenia na chińskie systemy, lotniska, porty i instalacje morskie? Nie mniejszym dylematem stanie się ryzyko eskala­cji wertykalnej, czyli co począć z bronią nuklearną, którą mają zarówno Amerykanie, jak i Chińczycy. Pojawi się więc sprawa najważniejsza do zadecydowania: czy w związku z tym do wojny w ogóle wchodzić. 

Amerykanie wejdą jednak do wojny i przegrają tygodnio­wą kampanię powietrzno­morską wokół Tajwanu, która będzie miała ograniczony charakter zarówno co do miejsca starcia, jak i użytych środków. Po przegranej, podobnie jak Rosjanie po klęsce mukdeńskiej, będą musieli podjąć decyzję, co dalej: czy przegrupują się, zmobilizują i wrócą na wody azjatyckie Eura­zji? Rosjanie „wrócili”, wysyłając bałtycką flotę dookoła świata, by ostatecznie mogła na zawsze „spocząć” na dnie Cieśniny Cu­szimskiej późną wiosną 1905 roku. O tym, jaką podejmą decy­zję, rozstrzygnie amerykańska ocena chińskiej determinacji do wygrania wojny za wszelką cenę, w tym aktualnie dokonująca się rozbudowa chińskich sił nuklearnych. A konkretnie — ocena doktryny i potencjału użycia broni nuklearnej przez Pekin. Dziś bowiem Amerykanie pozostają w przekonaniu, że mają prze­wagę w broni nuklearnej nad Chinami, mierzoną liczbą głowic, środków ich przenoszenia i zaawansowaniem platform, które wystrzeliwują lub przenoszą głowice nuklearne. To pozwala im na subiektywne poczucie, że mają kontrolę nad eskalacją i że w razie kolejnych niepowodzeń w trakcie drugiej fazy ograniczo­nej wojny konwencjonalnej, podczas bitwy powietrzno­morskiej w pierwszym łańcuchu wysp Pacyfiku, mogą zakończyć wojnę uderzeniem nuklearnym (lub taką groźbą), z jednoczesną de­monstracją zdolności do dalszej nuklearnej eskalacji na pozio­mie strategicznym, jeśli wojna nie zostanie zakończona w mo­mencie wybranym przez Amerykanów i na ich warunkach.

Mniejsze znaczenie ma to, czy Amerykanie naprawdę wie­rzą, że mają kontrolę nad eskalacją. Dużo ważniejsze jest, czy Chińczycy podejrzewają, że Amerykanie mogą w to naprawdę wierzyć. Prawdopodobnie po to, by nie zachodziła taka niejas­ność, która zwiększa ryzyko wybuchu konwencjonalnej wojny kinetycznej, Chińczycy gwałtownie rozbudowują swoje zdolno­ści nuklearne, przechodząc z doktryny użycia broni nuklearnej jako broni odwetowej (po tym, jak ich miasta zostaną najpierw zaatakowane bronią nuklearną) na doktrynę użycia własnej broni nuklearnej przeciw rozlicznym celom amerykańskim na terytorium USA, gdy tylko dostaną informację, że amerykań­skie rakiety lecą na nich, bez czekania na uderzenie. To duża różnica, bo stwarza dylemat strategiczny i ryzyko po stronie amerykańskiej i dokładnie w tym momencie Waszyngton traci kontrolę nad dynamiką eskalacji. Najważniejsze, żeby Ameryka­ nie zdawali sobie z tego sprawę i byli świadomi zawczasu, bo to zmniejszy ryzyko wojny. Tym bardziej w takiej sytuacji pojawia się czynnik kalkulacji tego, komu bardziej zależy na zachodnim Pacyfiku, a zatem — kto ma większą determinację, by postawić na swoim (jak bardzo jest to ważne dla USA, jak bardzo dla Chin), i stawkę ryzyka (co się wydarzy dla moich interesów, gdy prze­gram). I tu przewagę mają Chiny, ponieważ w ostatecznym roz­rachunku Amerykanie, nawet gdy przegrają krótką, konwencjo­nalną wojnę z Chinami, mogą przecież dobrze żyć za Pacyfikiem, zachowując nietknięte Los Angeles i Portland. Upadnie jedynie globalny prymat, a nie Ameryka, która po okresie dostosowaw­czym może być nadal bogatym krajem na zachodniej półkuli, choć nie będzie już globalnym hegemonem i światowym mocar­stwem. America the country („Ameryka — kraj”) zamiast America the empire („Ameryka — imperium”) — jak postuluje Lyn Alden w swojej książce pod charakterystycznym tytułem, zrozumiałym dla czytelnika, który dobrnął od początku do tego momentu lek­tury — Broken Money

Dla Chin determinacja i stawka ryzyka są znacznie większe. Chodzi o rozwój setek milionów ludzi po stu latach kolonial­nego podporządkowania, a potem dekadach biedy; stawką jest dalszy swobodny ruch morski z chińskich portów, by móc po­zostać głównym producentem dla świata, co przynosi wzrost i rozwój Chinom. Bez tego upadnie kruchy kontrakt społeczny w Chinach dotyczący grubo ponad miliarda ludzi. To wielkie chińskie miasta, jak Szanghaj, Xiamen i Ningbo, będą blisko ob­ szaru wojny. Amerykańskie zaś będą daleko. Tylko amerykańskie terytorium Guam jest blisko teatru wojny i może zostać po­ traktowane jako miejsce, w którym zostanie zademonstrowana chińska determinacja wygrania kontroli eskalacji w drugiej fazie wojny, by trzymać Amerykanów z dala od pacyficznego wybrze­ża Azji. Guam będzie bombardowany przez siły rakietowe Chin, a gdyby Amerykanie chcieli wrócić pod ochroną domniemanej dominacji nuklearnej, można się spodziewać nawet chińskiego wyprzedzającego uderzenia nuklearnego na to terytorium, gdzie są przede wszystkim instalacje i magazyny wojskowe i gdzie mieszka relatywnie mało ludzi. Amerykanie nie będą mieli równie dobrego proporcjonalnego celu, który należałby do Chin, by zademonstrować determinację stoczenia wojny o prymat do samego końca dostępnych im środków eskalacji... 

Najbliższe temu kryterium byłyby sztuczne wyspy zbudowa­ne przez Chińczyków na Morzu Południowochińskim. To jednak nie to samo co uderzenie nuklearne na Guam. Poza tym Chiny będą — w scenariuszu selektywnej blokady — starać się, by Ja­ponia nie wzięła udziału w wojnie, by rozdzielić interesy Tokio i Waszyngtonu. To Amerykanie będą naciskać Japończyków, by wzięli udział w wojnie, a nawet by od razu razem z Amerykana­mi ją zaczęli przez przełamanie pikiety chińskich okrętów wyko­nujących kwarantannę. Tokio nie będzie chciało w tym uczestni­czyć, co przypieczętuje przegraną Stanów Zjednoczonych. 

Szybka przegrana Ameryki i stabilizacja nuklearna końca tej wojny spowoduje, że konflikt będzie krótki, ale zapoczątkuje nowy system już bez amerykańskiego prymatu. Dolar pozosta­nie główną walutą wymiany, ale tylko z powodów operacyjnych, bo też trudno go zastąpić w obrocie z dnia na dzień. Jednak z sa­mego faktu, że dolar jest w obrocie, nie będzie wynikało, że wła­dza pozostaje nadal w rękach Amerykanów. 

W traktacie pokojowym dokonana bowiem zostanie rewizja systemu. Amerykański FED nie będzie mógł sobie już poczynać tak swobodnie. Sam kurs dolara zostanie powiązany z czymś zobiektywizowanym, skoro nie będzie już można polegać na percepcji siły wojskowej Stanów Zjednoczonych, która zostanie w wojnie między mocarstwami zakwestionowana. Gdy upadnie wojskowa wiarygodność i ostatecznie z nią system petrodolara, nastąpi spadek wartości dolara, co i tak będzie wymuszone ko­niecznością zwiększenia konkurencyjności produkcji w Stanach Zjednoczonych w okresie dostosowawczym po prymacie. Ame­rykanie kupią mniej importowanych towarów, a że sami niewie­le będą produkować poza rolnictwem i energią, nastąpi potężny kryzys klasy średniej z racji trudności z zakupem zagranicznych towarów konsumpcyjnych w rozsądnych cenach. Zapanuje ogól­ne niezadowolenie, w tym recesja w kraju, gdzie pomimo braku realnego bezrobocia notowane są obecnie rekordowe deficyty i zadłużenie. Wraz z recesją dochody fiskalne spadną i deficyt się zwiększy, a tym samym dług się spotęguje. Ameryka wpadnie w przeklęty krąg kryzysu dostosowawczego do nowej sytuacji z ryzykiem dla utrzymania ustroju politycznego w dotychcza­sowej formie. 

Wojna, choć krótka, przyspieszy pojawienie się wynalazków. Poprzedni konflikt światowy dał ludzkości radar, komputery, atomistykę i rakiety, a zimna wojna — internet i półprzewod­niki. Obecna wojna systemowa wprowadzi wszelkiego rodza­ju drony i robotyzację do domeny wojny; detekcję wszystkiego i wszędzie, w tym okrętów podwodnych w głębinach oceanów; broń hipersoniczną oraz skuteczną broń kierowaną energią (la­sery i mikrofale), w tym w kosmosie. Na dobre wprowadzi do wiodących gospodarek czwartą rewolucję przemysłową, czyli aplikowanie sztucznej inteligencji do produkcji, logistyki, medy­cyny. Dokona się rozwój ultranowoczesnych i wydajnych baterii oraz magazynów energii, co umożliwi powszechną robotyzację, od portów załadunkowych przez fabryki i pola uprawne po re­stauracje, a także zgranie świata realnego ze światem cyfrowym, w tym autonomiczne auta i systemy transportowe. „Wojna jest ojcem wszechrzeczy”, jak twierdził Heraklit. Nie inaczej będzie teraz. Po niej nastanie nowy świat, w tym świat nowych wyna­lazków dla cywilnego dnia codziennego. 

Powyżej opisana wojna wybuchnie w sytuacji, gdy Europa bez wahania opowie się po stronie Stanów Zjednoczonych, doko­nując zerwania powiązań gospodarczych z Chinami. W sytuacji natomiast, gdy będzie się wahać (czyli tak jak postępuje teraz), zniecierpliwieni Amerykanie tym szybciej odejdą w sprawach bezpieczeństwa Europy na offshore balancing. Czyli ich real­ne zdolności i ambicje wpływania na bezpieczeństwo Europy nie pozwolą im już być mocarstwem europejskim, lecz jedynie z odległości będą kształtować stosowne koalicje i korzystne dla siebie równowagi dla zachowania maksymalnej sprawczości na naszym kontynencie, ale już nie aż takiej, jaką mieli w czasie prymatu. Zostanie to także Europejczykom zakomunikowane, najpierw groźbami relatywizacji artykułu 5 NATO, żądaniem, że „maja płacić za NATO” itd. — wszystko po to, by zmusić ich do podporzadkowania się wielkiej strategii Ameryki, zmierzają­cej do deglobalizacji, decouplingu i skoordynowania polityki ze Stanami Zjednoczonymi. Ale Europa tego nie zrobi. 

Gdy tego nie zrobi, Amerykanie — pomimo wcześniejszego relatywizowania artykułu 5, by ją „zmiękczyć” — zaczną jednak nagle Europę zapewniać, że prymat wciąż istnieje i obowiązu­ ją amerykańskie rozszerzone gwarancje bezpieczeństwa dla państw Zachodu. Będą mówić, że wciąż potrafią dać gwarancje nuklearne i one powinny wystarczyć, bo są najważniejsze. Ale to będzie już wtedy tylko pusta retoryka i blef nuklearnego od­straszania, bo offshore balancing objawi się de facto w analizie realnych zdolności oraz szybkiej erozji zainteresowania Europą w Stanach Zjednoczonych, a także zwiększonym przebazowa­niem i strategiczną atencją na Pacyfik w celu przygotowania się do coraz bardziej prawdopodobnej wojny z Chinami. 

W tej fazie trwania wojny systemowej, gdy Amerykanie na dobre zaczną równoważyć Europę z pozycji offshore balancin­gu, z czasem zaczną szukać metod odsunięcia Rosji od Chin, najpierw łagodząc sankcje wobec niej i wysuwając propozycje koncesji w naszym Międzymorzu, czyli na wschodniej flance przebrzmiałej już wtedy instytucji, jaką stanie się w tym czasie NATO. Stanie się tak pomimo „fasady” wszystkich nato­wskich instytucji, zaangażowanych ludzi, organizowanych konferencji i obowiązujących oficjalnie narracji. NATO i jego wiarygodność dawały Polsce „geopolityczny oddech”, tu więc pojawią się tak­że poważne zagrożenia dla Polski, ale o nich w drugiej części książki. 

O ile taka postawa Ameryki odsuwa — bardziej niż trzyma­nie się prymatu — ryzyko wojny kinetycznej i daje szansę na pokój w Eurazji, to i tak toczyć się będzie nieustannie rywalizacja technologiczna i gospodarcza z Chinami. Przede wszystkim za­ rysuje się również zwiększone ryzyko dla Polski i Międzymorza, czyli dla państw wschodniej flanki NATO i dla Ukrainy. 

Wówczas pojawi się także więcej pola manewru dla Europy względem Chin, co będzie na rękę Francji, Niemcom i większości państw zachodniej Europy, niechętnych wojnie, deglobalizacji i utracie kontraktu społecznego nadwerężonego już przez od­cięcie od rosyjskich surowców i rynków, a teraz zagrożonych wojną finansową i technologiczną z Chinami. Europa, a kon­kretnie kierownictwo niemiecko-­francuskie z swoją ekspozytu­rą sprawczości w Brukseli, podejmie decyzję o samodzielności strategicznej i utrzymaniu wynegocjowanego modus vivendi z Chinami, a z czasem także z doproszoną do stołu negocjacyj­nego Rosją. Warunki zaproszenia dla Rosji będą zależały od wy­ników trwającej wojny w Międzymorzu i wprost od siły odpor­ności państw naszego regionu wobec presji przemocy rosyjskiej. Polska będzie punktem ciężkości tego testu, bo jest największym i najbogatszym krajem na tym peryferyjnym dla „starej Europy” obszarze. Moim zdaniem, „stara Europa” będzie chciała wybrać scenariusz porozumienia z Chinami, choćby z tego powodu, że — jeśli zostanie dobrze wynegocjowane — da Europie czas rozwo­jowy w nowej epoce, którego nie dają Amerykanie, zmuszając do posłuszeństwa bez żadnych zachęt i z wątpliwymi gwaran­cjami bezpieczeństwa wojskowego w sytuacji, gdy Rosja de facto nie stanowi zagrożenia dla „starej Europy” (jest zbyt słaba na takie przedsięwzięcia), a Chiny są za daleko, by takie zagroże­nie w jakimkolwiek przewidywalnym czasie sobą przedstawiać. O blefie i przeszacowaniu amerykańskich gwarancji bezpieczeń­stwa pisałem wyżej. 

Chińczycy będą zainteresowani takim rozwiązaniem, bo nie chcą deglobalizacji ani tego, by Europa pozostawała w ścisłej relacji z USA w trakcie wojny systemowej. Dlatego mogą zgodzić się na daleko idące ustępstwa na jej rzecz. Innym problemem będzie to, co Europa uczyni z darowanym czasem, zważywszy na słabość organizacyjną i polityczną Unii Europejskiej jako całości. Problemem będzie w takiej sytuacji także Polska i kraje naszego regionu, które — zagrożone przez Rosję — będą łatwo instru­mentalizowane przez Stany Zjednoczone, jeśli chodzi o wspieranie amerykańskiej polityki nawet w sytuacji amerykańskiego offshore balancingu. 

W tej fazie wojny systemowej pojawi się miejsce na polską strategię nuklearną, o ile Amerykanie nam na takową pozwo­lą, co nie jest wykluczone, choć byłoby ewenementem. Moim zdaniem, jest to właśnie realne w związku z offshore balancin­giem i odejściem od amerykańskiej polityki znanej od 1945 roku, i z walką o prymat w Azji z Chinami. Po prostu parametry ko­rzystnej dla Stanów Zjednoczonych równowagi w Eurazji będą inne niż przez wszystkie lata od 1945 roku, gdy Amerykanie bronili systemu przed proliferacją broni jądrowej. 

Odejście USA na offshore balancing co do zasady oddala perspektywę wojny kinetycznej z Chinami, chyba że w walce po­ między dwoma frakcjami żądającymi wyjścia Stanów Zjednoczo­nych z Europy wygra opcja neoreaganowska, obecnie już moc­no zarysowana, której przewodzą takie osoby, jak Mike Pompeo, Peter Navarro, Mike Pence, J.D. Vance, Robert C. O’Brien, Matt Pottinger i wiele innych. Pomimo realnej utraty zdolności do utrzymania prymatu w Europie frakcja ta będzie chciała wal­ki o utrzymanie prymatu w Azji poprzez rozbudowę zdolności ofensywnych i nuklearnych wobec Chin, w tym stacjonowanie broni jądrowej na Tajwanie i przesunięcie całego korpusu pie­choty morskiej na Pacyfik, rozbudowę potencjału do blokady morskiej wybrzeża i wielkich portów Chin, a także „twardą” woj­nę finansową i technologiczną czy też pełny decoupling. Bez względu na koszty — jak postulują niektórzy z przedstawicieli frakcji neoreaganowskiej. 

Gdyby ludzie ci przeprowadzili swoje plany, wtedy, nie­stety, wojna kinetyczna z Chinami wybuchnie, ale z innego powodu i w innym przebiegu niż w scenariuszu opisywanym wyżej. W tym przypadku może też dojść, niestety, do wymiany nuklearnej, bo sytuacja będzie bardzo niestabilna, jeśli chodzi o równowagę nuklearną w obliczu uruchomionych wielkich przygotowań do wojny, braku zaufania stron, silnego dylematu bezpieczeństwa oraz żywotności interesów chińskich, którym zagrażać będą Amerykanie w sposób demonstracyjnie jawny. 

Podejście, które zaprezentował O’Brien w „Foreign Affairs” w 2024 roku, nazywane przeze mnie opcją neoreaganowską, nawiązuje do polityki prezydenta Reagana, który w latach osiem­dziesiątych XX wieku wybrał ostry kurs, by wyeliminować Zwią­zek Sowiecki, i mu się to udało. Uważam, że to zupełnie inne czasy, a Chiny to nie Związek Sowiecki i to nie jest dobry plan tym razem. Zakłada pełne spektrum demonstracji amerykańskiej determinacji do dominacji wojskowej i utrzymania pryma­ tu w Azji od samego początku wprowadzania tej strategii. Poza oczywiście twardym odcinaniem Chin od kapitału i technologii oraz współpracy z innymi państwami zakłada stacjonowanie amerykańskich systemów nuklearnych w pierwszym łańcuchu wysp i potężną rozbudowę zdolności konwencjonalnych do na­łożenia na Chiny blokady morskiej i wygrania wojny z Chinami, gdyby taka wybuchła. W praktyce oznacza to bazowanie broni nuklearnej na Tajwanie, do czego już zresztą doszło przed dé­tente (w polityce termin ten, z fr. „odprężenie”, odnosi się do czasów zimnej wojny) między Stanami Zjednoczonymi a Chi­nami w latach siedemdziesiątych XX wieku. Jednocześnie za­kłada wojnę finansową i pełen decoupling, co samo w sobie jest nieporównywalne z niczym, co robiono za czasów Reagana ze Związkiem Sowieckim. 

W tym duchu Niall Ferguson zadał w roku 2024 pytanie, czy to Stany Zjednoczone nie są obecnie Związkiem Sowieckim, a Chiny Stanami Zjednoczonymi w tej rywalizacji, jeśli chodzi o parametry porównawcze własnych przewag i zdolności, znane z metody net assessmentu, która była praktykowana w Office of Net Assessment w Pentagonie. 

Jeśli Amerykanie wybiorą ten kurs, pojawi się gra psycho­ logiczna na temat stawki ryzyka i determinacji, opisywana prze­ ze mnie wcześniej, ale teraz — w innym układzie niż tamten. W neoreaganowskim scenariuszu zachodzą niestety asymetrie, których Amerykanie nie będą mogli wystarczająco mitygować, by tylko poprzez zademonstrowaną dominację wojskową i de­terminację upewnić się, że wojna nie wybuchnie. Mylne może się okazać założenie, że Chiny nie odważą się na wojnę, bojąc się tak mocno przygotowujących się do wojny i blokady wybrzeża chińskiego Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie Amerykanie będą chcieli kształtować zachowania innych państw, by osłabiać sprawczość makroekonomiczną Chin, czyli budowanie centrum grawitacji ekonomicznej wokół Pekinu, i by w ten sposób za­ trzymać ich dynamiczny rozwój. Wojna finansowa i technolo­giczna, rozbudowa potencjałów wojskowych przez obie strony przy asymetrii geografii i stawki w grze spowodują wielką nie­ stabilność tej najważniejszej dla przyszłości świata rozgrywki. To dużo trudniejsza rozgrywka niż z Sowietami w czasie zimnej wojny ze względu na zbyt duże i utrudniające kalkulacje asymetrie, które powodują sporą złożoność psychologicznej rozgryw­ki. Na marginesie warto zauważyć, że rozgrywka prowadzona będzie z wielkim państwem azjatyckim, z jego koncepcją „utra­ty twarzy”, które — gdy było silne w swojej długiej historii — znało tylko system trybutarny, czyli taki, że Chiny z racji swojej skali dominują nad pozostałymi automatycznie, a inne państwa w regionie w sposób naturalny uznają to w czynach i gestach. W czasie zimnej wojny zarówno Amerykanie, jak i Sowieci pilnowali, by wojna nie wybuchła, a ich strefy makroekonomiczne, czyli świat Zachodu i RWPG, nie wymieniały się przepływami strategicznymi z wyjątkiem niewielu ściśle koncesjonowanych dziedzin. Sowieci nie byli ważnym elementem globalnej gospo­darki, trudno też było mówić o globalizacji gospodarczej. Zatem Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki nie wchodziły sobie go­spodarczo w paradę. Gdzieżby Sowieci w ogóle mogli myśleć o zdobyciu przewagi nad Amerykanami w cywilnej produkcji i innowacji. Teraz układ jest zupełnie inny. Nie ma oddzielnych układów makroekonomicznych, Chiny są innowacyjne w cywil­nej gospodarce, są w sercu globalnej wymiany towarowej. Po­zostanie w niej to żywotny interes Chin, chyba nawet większy niż uniknięcie konfrontacji. Natomiast Waszyngton nie chce już globalizacji towarowej, lecz potrzebuje utrzymania systemu recyklingu dolarowego. Bardzo trudno będzie uniknąć starcia. Kwestią otwartą pozostaje jedynie wybranie momentu i sprzyja­jących warunków strategicznych, w których może do niego dojść. 

Pekin najpewniej będzie chciał pokazać, że nie da się zastra­szyć neoreaganowską polityką. Obie strony ruszą do gwałtownych zbrojeń, ćwiczeń i rozbudowy zdolności wojskowych. Chi­ny będą chciały zademonstrować nieskuteczność amerykańskiej siły i gwarancji bezpieczeństwa, ale inaczej niż w scenariuszu wcześniej omawianym, tajwańskim — tym razem defensyw­nie, poprzez rozwój własnych zdolności i zbrojenie się, w tym nuklearne. Ale nie podejmą ofensywnych akcji, jak w przypad­ku wcześniej opisywanym, gdyby Europa stanęła po stronie Ameryki. 

W tym scenariuszu początkiem wojny kinetycznej nie okaże się kwarantanna ani blokada morska, ale jakiś początkowo błahy incydent na morzu. Chiny będą starały się jej jednak uniknąć, licząc, że czas gra na ich korzyść, pogłębiając zależności gospo­darcze z Europą, Globalnym Południem i całą Eurazją. 

O ile wojna wybuchnie z powodu incydentu, to potem, na skutek nagromadzenia napięcia w całym regionie w związku z rozbudową sił zbrojnych i nagromadzenia potężnych rezerw zarówno przez Chiny, jak i Stany Zjednoczone, może się rozlać na cały zachodni Pacyfik, obejmując Morze Południowochińskie, Morze Wschodniochińskie, archipelag Riukiu, wyspy macierzy­ste Japonii, Guam, Filipiny, a nawet Australię, Wietnam i Koreę, jeśli Amerykanie będą korzystali z baz i instalacji albo teryto­riów tych państw, co jest bardzo prawdopodobne. Czym dłużej będzie trwał okres od przyjęcia przez Stany Zjednoczone opcji neoreaganowskiej do wybuchu wojny kinetycznej, tym wojna będzie trwała dłużej i niewykluczona jest ostatecznie także wy­miana nuklearna. Opcja neoreaganowska jest najbardziej nie­bezpieczna spośród wszystkich, jeśli myślimy o ryzyku wybuchu wojny kinetycznej bezpośrednio między wielkimi mocarstwami. 

Amerykanie zainwestują tyle kapitału politycznego oraz sił, sprzętu i zapasów w zachodni Pacyfik, odchodząc w tym celu od prymatu w Europie, że nie będą mogli odpuścić nawet w obliczu pierwszych niepowodzeń w wojnie. Trudno będzie też utrzymać lokalizacje konfliktu i nie eskalować wobec miast chińskich i chińskich instalacji w portach i interiorze Chin, zwłaszcza gdy siły rakietowe Państwa Środka będą uderzać ze stanowisk na kontynencie w amerykańskie bazy na Okinawie, na Guamie, w Japonii i na Filipinach. To będzie tragedia dla świata i arma­gedon dla światowej gospodarki, która dosłownie stanie. Tak jak stanie handlowy ruch morski na zachodnim Pacyfiku, zatrzy­mają się giełdy i kontrakty, gdy wszyscy będziemy przerażeni tym, co właśnie oglądamy na ekranach monitorów i telewizorów. 

Druga rysująca się w elitach amerykańskich frakcja, opo­wiadająca się za odejściem z Europy na offshore balancing, jest skupiona wokół Elbridge’a Colby’ego i Wessa Mitchella. Warto obserwować, czy ludzie ci będą w którymś momencie peł­nili funkcje w nowej amerykańskiej administracji. Colby chce wyjścia Stanów Zjednoczonych z prymatu w Europie, zadowa­lając się offshore balancingiem, a w Azji — chęcią utrzymania prymatu, ale w formule defensywnej, tak zwanego onshore balancingu, czyli „bronimy pierwszego łańcucha wysp”, ale nie grozimy Chinom blokadą morską ani nie mamy zamiaru atako­wać Chin kontynentalnych w razie wojny, nie demonstrujemy takich zamiarów. Nie prowokujemy stacjonowaniem sił nuklearnych na Tajwanie, jedynie przez swoją obecność staramy się tworzyć stosowną równowagę w Azji, żeby zachęcać tamtejszych sojuszników do wystawienia własnych zdolności po to, by Chiny nie mogły zdominować ich strategicznie i makroekonomicznie, budując własny obszar grawitacyjny wokół chińskich łańcu­chów dostaw i wartości. 

Niektórzy zapalczywi idealiści w Polsce nazywają tę opcję izolacjonizmem. Ludzie ci chcą chyba, by Amerykanie rozpo­czynali wszystkie wojny świata, bo skoro „chcą, to mogą”, bez liczenia się z konsekwencjami, nie zdając sobie sprawy, że myś­ląc o pokoju i demokracji, propagują wieczną wojnę. Zapomina­ ją, że pokój jest sam w sobie wielką wartością, zwłaszcza pokój między wielkimi mocarstwami. W tym scenariuszu wojna ki­netyczna może być odroczona o dobre kilka lat, a nawet dłużej, w zależności od przebiegu reform wewnętrznych w Stanach Zjednoczonych, które jednocześnie Amerykanie będą musieli przeprowadzić, korzystając z proponowanego przez Colby’ego nowego ułożenia spraw w Eurazji. Nie należy zapominać, że w amerykańskich elitach brakuje dobrych i realistycznych po­mysłów na reformę wewnętrzną. Jedyną nadzieją jest postulowa­ na rewolucja nowego biznesu technologicznego, o której wspo­mniałem wcześniej w kontekście konfrontacji kulturowej. Lepiej byłoby się bowiem właśnie skupić na przemyśle przyszłości, eksploracji kosmosu i organizacji pracy jak w SpaceX, zamiast marzyć o pracy w stalowni w Ohio czy hutach w Pensylwanii. Chodzi o skok do przodu, a nie przywracanie starego. Lepiej by­łoby raczej przywrócić edukację i szacunek do wykształcenia inżyniera, stworzyć politycznie metodę innej alokacji kapitału, którego jest bardzo dużo w Ameryce, ale tam wszyscy przyzwy­czaili się do zarabiania „na krótki termin”. Należałoby postawić na jakość infrastruktury, opanowanie nowej rewolucji przemy­słowej z robotyką i sztuczną inteligencją, sprowadzać geniuszy do kraju, zachęcić do innowacji w nowych branżach przyszłości. 

Taki scenariusz jest dobry dla świata i daje szansę ucieczki przed wojną kinetyczną, ale jest niebezpieczny dla Polski i Mię­dzymorza, nawet jeśli Polsce wraz z Ukrainą udałoby się zbudo­wać zarówno własny układ wojskowy do odstraszania Rosji, jak i współdziałający system gospodarczy korzystający z owoców amerykańskiej rewolucji nowego biznesu technologicznego, inwestującego w Intermarium dzięki między innymi ukraiń­skiej taniej energii oraz surowcom przyszłości należącym do tego kraju. Niebezpieczeństwo konfliktu będzie znaczne, jeśli Rosja zachowa siły po wojnie z Ukrainą, a Stany Zjednoczone wyjdą na offshore balancing z Europy i będą chciały odsunąć Rosję od Chin, nawet tylko trochę, zaś „stara Europa” też będzie potrzebowała Rosji dla stabilizacji makroekonomicznej po woj­ nie na Ukrainie. Europa będzie bowiem stale myślała o nowym otwarciu z Rosją, podobnie jak przed wydarzeniami roku 2022. Podobnie mogą myśleć i Amerykanie; odwrócenie na Rosję jest bowiem możliwe, gdy odejdą na offshore balancing i poluzują reżim sankcyjny na tyle, by Chiny nigdy nie były pewne Rosji i by wepchnąć je w dylemat bezpieczeństwa. Podobnie podziało się w 1940 roku: gdy Hitler przegrał bitwę o Anglię, od razu „zarejestrował” ryzyko obustronnego geopolitycznego oskrzydlenia Niemiec. Z jednej strony miał aliantów zachodnich, a z drugiej dotychczasowego „wspólnika w zbrodni”, stalinowski Związek Sowiecki, który przecież po podpisaniu paktu kontynentalnego w sierpniu 1939 roku był przez dwa lata sojusznikiem Niemiec w rewizji ówczesnego systemu światowego. 

Dla nas ta sytuacja to zarazem szansa na zmianę dualizmu na Łabie (słabsza Europa Zachodnia i nowy rozdział podziału marży z nowej fazy kapitalizmu światowego, wejście nowego biznesu USA lub Chin gospodarczo i politycznie do Europy) przy jednoczesnej konieczności (i możliwości) wypychania Rosji z sy­stemu. Pomimo że zachodnia Europa będzie chciała surowców i rynku rosyjskiego i będą toczyły się negocjacje, to nie możemy być „na stole”, ale musimy być „przy stole”. Dlatego musimy mieć nowoczesne i sprawne wojsko oraz system odporności państwa z prawdziwego zdarzenia; musimy mieć państwo, które umie rywalizować z Rosją, również twardo. Wtedy Rosja niczego nie wynegocjuje siłowo naszym kosztem od zachodnich Europejczy­ków. Dokona się próba przesilenia wobec Polski, by wykazać, że nie umiemy sami zadbać o własne bezpieczeństwo. To sytuacja groźna i musimy sami stanąć na nogach, a zarazem to jedyny scenariusz, w którym Amerykanie mogą nam pomóc w ramach nowego balansowania Europy i Eurazji. W tym wypadku mogą nam też pozwolić uzyskać broń atomową i wypracować zdol­ność do wojskowej asymetrycznej eskalacji na wschód od Polski, czym się będzie przejawiała „nowa twardość” Polski w stosun­kach europejskich. 

Zatem plan optymalny dla Europy w wojnie systemowej to: amerykański offshore balancing wobec Europy, brak amerykań­skiej wojny kinetycznej z Chinami, wybór przez Stany Zjedno­czone opcji proponowanej przez Colby’ego. W przełomowej fazie wojny systemowej celowana i umiarkowana rywalizacja protekcjonistyczna na przepływach strategicznych byłaby wobec Chin dopuszczalna, ale bez pełnej wojny handlowej i techno­logicznej, w której między zwaśnionymi stronami ustaje ko­munikacja. 

Ostatecznie pojawi się seria traktatów z Chinami, które dadzą Europie czas na rozwój gospodarczy, w tym czwartą rewolucję przemysłową, co będzie wymagać mobilizacji inte­lektualnej, organizacyjnej i politycznej naszego kontynentu, by sprostać nowoczesności i skonsolidować się politycznie. W tym procesie pojawi się przestrzeń na nowe traktaty ustanawiają­ce nowy porządek w Unii Europejskiej. Będzie zatem okazja na rozstrzygnięcia dające Polsce coś więcej niż półperyferyjne miejsce w kapitalizmie, który podlegać będzie wówczas potężnej renegocjacji. 

W obecnym procesie „stara Europa” będzie relatywnie słabła w stosunku do Polski, Chin i Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza gdybyśmy mieli imponujące zdolności wojskowe. Trzeba bę­dzie się z nami liczyć, bo będziemy mogli wyeskalować konflikt z Rosją sami, w ramach asymetrycznej eskalacji albo aktywnej obrony w Międzymorzu, w tym — będziemy posiadali własne zdolności prowadzenia wojny hybrydowej, co nigdy nie da Euro­pie spokoju. To będzie nasza waluta, którą zamienimy na lepsze miejsce w kapitalizmie europejskim i nowej odsłonie globaliza­cji. Szczegółowo przedstawię tę drogę w części drugiej. 

Taka sytuacja w Międzymorzu będzie na rękę Chinom, które zaczną mieć wpływy w naszym regionie. Potrzebna jest więc nowa strategia Rzeczypospolitej wobec Chin w tym zakresie. Nasz horyzont wyznaczy uczestnictwo w europejskiej grze ma­kroekonomicznej na nowej pozycji, po korzystnym dla nas trak­tacie, ale już strategicznie między Chinami obecnymi w regio­nie i Ameryką z odległości, próbującymi tworzyć korzystne dla siebie równowagi poza wcześniejszym prymatem, z własnymi polskimi zdolnościami wojskowymi. Płynne balansowanie mię­dzy tymi siłami pozwoli nam trzymać Rosję w takiej pozycji, by nie przeszkadzała w rozwoju regionu i istnieniu strefy buforowej (państwa bałtyckie, Białoruś, Ukraina) na wschodzie. Wystarczy, że wytworzymy sytuację, w której w nowej epoce będziemy na kapitalizmie zarabiać i korzystać z tego lepiej niż Rosja, i będzie to stan trwały, którego Rosja nie zdoła zmienić. Po jakimś cza­sie wyeliminuje to zagrożenie rosyjskie wiszące nad Polską od pięciuset lat przy jednoczesnym złamaniu dualizmu na Łabie wskutek zerwania z półperyferyjnością w nowych traktatach. W takiej sytuacji Europa będzie miała pokój i będzie się rozwi­jała, a my zrealizujemy oba założenia polskiej wielkiej strate­gii, o których jeszcze opowiem szczegółowo. I to dzięki Europie, wojnie systemowej i Chinom, które wraz ze swoją sprawczością pojawią się ze wszystkich stron Rosji, zmieniając historię pół­nocnej Eurazji i nasze równanie geopolityczne — głęboko za­pisane w naszej kulturze i sposobie, w jaki rozmawiamy przy rodzinnym stole o sprawach świata i polityce zagranicznej Rzeczypospolitej. 

***

Oczy szeroko otwarte

Fragmenty pochodzą z książki: J. Bartosiak, Oczy szeroko otwarte Polska strategia na czas wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025.